Home Teksty Archiwum Prenumerata O nas Kontakt Linki English

Następny Poprzedni

ZATOPIONA FLOTA 

          Wyścig zbrojeń był jednym z elementów trwającej niemal pół wieku zimnej wojny. Zdaniem wielu historyków zrzucenie bomby na dwa japońskie miasta Hiroszimę i Nagasaki w 1945 r. nie było ostatnią operacją II wojny światowej, ale pierwszą zmagań pomiędzy Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi. W 1952 r. Stalin powołał docenionego już konstruktora Władimira Pieregudowa do kierowania projektem budowy pierwszego podwodnego okrętu o napędzie atomowym. Rok 2000 przyniósł kolejną porażkę rosyjskiej atomowej floty podwodnej - zatonięcie okrętu Kursk wraz z całą załogą. Wiadomość ta wywołała lawinę alarmujących informacji na temat złej kondycji rosyjskich sił zbrojnych. Wielu ludzi do tej pory nie zdawało sobie sprawy z rozmiaru zagrożenia wynikającego z funkcjonowania "atomowej floty".

         Ryzyko katastrofy płynącego okrętu podwodnego wiąże się między innymi z możliwościami jego poruszania się w toni wodnej. W czasie zanurzenia nawigujący jednostką nie widzą przeszkód znajdujących się wokół nich. Z tego powodu okręt jest często porównywany do nietoperza - określenie pozycji jest możliwe dzięki urządzeniom akustycznym, które wysyłają sygnał odbijający się od przeszkody. Sam reaktor, będący źródłem energii, wymaga dużej ostrożności - warunki pod wodą nie są stabilne, okręt znajduje się w ruchu, kołysze się, jest poddawany zmiennym parametrom (ciśnieniu, temperaturze itp.). Rozpędzony okręt ma ogromną bezwładność, jeśli więc zawiodą urządzenia, każda najmniejsza kolizja podwodna staje się katastrofą.

 

         Pod wodą wszystko ma znaczenie - stosowane technologie, jakość sprzętu i solidność jego wykonania, stosowane zasady bezpieczeństwa, przeszkolenie załogi. Rosjanie, podobnie jak Amerykanie, zaślepieni pragnieniem zgromadzenia potężnej floty o napędzie atomowym, za wszelką cenę chcieli budować szybko i ograniczyć wydatki. Odbiło się to na jakości wykonania poszczególnych elementów okrętów. Teoretycznie jakość prac oraz sprzętu i podzespołów była poddawana kilkustopniowej kontroli. Jeśli jednak zostałyby wykryte usterki - oddanie okrętu opóźniłoby się, a przede wszystkim w narodzie zostałaby zasiana wątpliwość co do niezawodności radzieckiego sprzętu wojskowego. Nikt więc nie odważył się głośno zaprotestować. Efektem było kilkadziesiąt poważnych wypadków, jakie dotknęły radziecką flotę podwodną od 1960 roku. W przypadku każdej katastrofy okrętu podwodnego, według oficjalnej wersji, winnymi byli ci ludzie, którzy zginęli i spoczywają na dnie.

         Najpoważniejsze wypadki: rok 1960 - awaria generatora pary podczas ćwiczeń okrętu K-8 (13 osób zostało napromieniowanych), 1961 - podczas akcji patrolowej nastąpiła awaria reaktora na okręcie K-19 (7 ofiar śmiertelnych). W roku 1965 miały miejsce dwa wypadki - z powodu niedbalstwa załogi nastąpiło niekontrolowane uruchomienie reaktora podczas uzupełniania paliwa na okręcie K-11 (napromieniowanie części załogi), w drugim wypadku, spowodowanym awarią jednego z urządzeń automatycznych na okręcie K-74, nie było ofiar. Rok 1967 - pożar w dwóch przedziałach okrętu K-3 (39 osób zginęło). Rok 1968 obfitował w podwodne tragedie - zatonięcie podczas akcji patrolowej okrętu K-129 (100 ofiar śmiertelnych), awaria reaktora na okręcie K-27 (5 osób poniosło śmierć), zły system napowietrzania wokół baterii na K-26 (1 ofiara), niekontrolowane uruchomienie reaktora na K-140, zatrucie całej załogi oparami rtęci na K-172. W 1970 r. podczas manewrów "Okiean" zatonął w wyniku pożaru okręt K-8 (52 ofiary śmiertelne), w 1972 wybuchł pożar na okręcie K-19 (28 osób zginęło). W latach 1974-77 miały miejsce cztery wypadki w wyniku pożaru i wybuchu baterii, na szczęście nie było ofiar śmiertelnych. Rok 1978 - dwa wypadki - pożar na K-451 i awaria reaktora na K-171 (3 osoby zginęły). W roku 1980 i 1982 miało miejsce po jednym wypadku, bez ofiar. Rok 1983 - K-429 zatonął podczas operacji wyważania (2 członków załogi zginęło). W 1984 r. wybuchł pożar na K-131 (zginęło 13 marynarzy), w 1986 r. na K-219, w wyniku eksplozji w wyrzutni, wybuchł pożar, okręt zatonął zabierając 4 ofiary śmiertelne. Do sierpnia 2000 r. najgłośniejszą katastrofą w rosyjskiej flocie podwodnej było zatonięcie w 1989 r. okrętu K-278 Komsomolec. Spośród 69 członków załogi uratowano 27 osób, choć w wyniku pożaru, który wybuchł na okręcie zginęło tylko 4 marynarzy. 38 osób zginęło w lodowatej wodzie, ponieważ rosyjskie władze nie pozwoliły norweskim ratownikom udzielić pomocy rozbitkom. Sierpień 2000 r. przyniósł tragedię okrętu K-141 Kursk, przyczyny wypadku, który pochłonął 118 ofiar śmiertelnych, nie zostały dotychczas jednoznacznie wyjaśnione.

         Od początku lat pięćdziesiątych w radzieckich stoczniach powstało 235 okrętów podwodnych z napędem atomowym. Dla porównania USA zbudowały 150, Wielka Brytania 18, Chiny 10, a Francja 9 takich okrętów. Od zakończenia II wojny światowej Rosjanie utracili, w wyniku zatopienia, 17 okrętów różnych klas i typów, w tym pięć z napędem atomowym i dwanaście z napędem konwencjonalnym (spalinowo - elektrycznym). W katastrofach tych zginęło ponad 620 marynarzy. Trudno jednak określić w liczbach ofiary, które skazane były na powolną śmierć w wyniku chorób popromiennych. Jako lekarstwo marynarzom kazano pić alkohol, jeść warzywa, świeże owoce i pić soki (których przecież na okręcie podwodnym, który miesiącami mógł nie wynurzać się w wody, nie było!). Jak pisze radziecki admirał Lew Żilcow w książce "Podwodne dramaty": "Alkohol jest i zawsze był uważany za najlepsze lekarstwo. Stwierdzono, że 150 gramów wódki po pracy eliminuje wszelkie efekty promieniotwórczości i poprawia przemianę materii. Dowodem jest to, że wszyscy, lub prawie wszyscy ludzie, którzy opuścili pierwszy atomowy okręt podwodny z przyczyn zdrowotnych, byli abstynentami."

         Choć Pieriestrojka i Głasnost nie zmieniły sposobu postępowania wyższego dowództwa wojskowego w sprawach wojskowych i nie zlikwidowały braku szacunku dla życia ludzkiego oraz fałszywej dumy, sama flota rosyjska bardzo podupadła. Zmiana realiów ekonomicznych doprowadziła do upadku i fatalnego stanu technicznego tego, co niegdyś dumnie nazywano Flotą Północną. Na Półwyspie Kola, atrakcyjnym ze względu na bliskość do Atlantyku oraz dostęp do niezalodzonych zimą portów, istnieje pięć baz marynarki wojennej (Zapadnaja Lica, Widiajewo, Gadżijewo, Siewieromorsk i Griemicha). Większość z nich powstała po II wojnie światowej, kiedy budowa atomowych okrętów podwodnych oraz systemów rakietowych miała pierwszeństwo przed wszelkimi innymi inwestycjami. Dziś państwo nie ma funduszy na takie inwestycje, dlatego wiele uszkodzonych okrętów pozostawiono, do połowy zatopionych, na płytkich wodach zatoki. W samym Siewieromorsku znajdują się 52 złomowane okręty podwodne ze 101 reaktorami atomowymi. Niektóre okręty wymagały jedynie drobnych remontów, np. wymiany baterii, lecz na to także nie ma pieniędzy. Nigdy więc już nie wypłyną. Są jednak tacy, dla których cmentarzysko jest bardzo atrakcyjne. Wagę osiadłych w całej Zatoce Kolskiej szkieletów ocenia się na kilkaset tysięcy ton. Tajemnicą poliszynela jest, że miejscowi ludzie kupują blachę i silniki z okrętów od tzw. "złomiarzy", którzy nielegalnie podzielili między sobą rdzewiejące wraki. Wszystko ma tu swoją wartość - stal, miedź, cyna, silniki i urządzenia. W 1989 r. polsko-holenderska organizacja "Selecta" zaproponowała pocięcie, za własne środki, złomowanych okrętów o wadze 100 tys. ton. Dowództwo Floty Północnej wstępnie się zgodziło uzależniając jednak ostateczną decyzję od poparcia Ministerstwa Metalurgii ówczesnego ZSRR. Ministerstwo odmówiło.

         Problemem są dziś nie tylko same okręty, ale również zużyte paliwo i odpady nuklearne. Radioaktywne odpady powstają na każdym etapie eksploatacji atomu, począwszy od jego wydobycia w kopalni uranu. 99% odpadów jest niezniszczalna, nie podlega utylizacji i nie może być przechowywana w normalnych warunkach. Pierwsza radziecka atomowa łódź podwodna została zwodowana w 1958 roku, jednak dopiero na początku lat '60 zbudowano pierwsze urządzenia do obsługi zużytego paliwa i radioaktywnych odpadów. Według norweskiej organizacji "Bellona", która od wielu lat zajmuje się walką z degradacją, zanieczyszczeniem i ekologicznymi konsekwencjami funkcjonowania rosyjskiej floty, w kilku bazach specjalne urządzenia do przechowywania stałych i ciekłych odpadów radioaktywnych nigdy nie powstały. Odpady i paliwo nuklearne przechowywano gdzie popadnie. Nie określono również norm dotyczących wielkości radiacji, na jaką mogą być narażeni pracujący w stoczniach robotnicy. Dopiero prezydent Jelcyn podpisał dekret wyznaczający jednostki odpowiedzialne za monitorowanie radiacji w bazach marynarki wojennej.

         W przypadku atomowych łodzi podwodnych ogromna ilość odpadów powstaje podczas operacji wymiany paliwa w reaktorze. Jednorazowa wymiana paliwa to ok. 10 m3 radioaktywnych odpadów płynnych, wymiana filtrów w reaktorze daje ok. 1 m3 odpadów stałych. Zagrożenie stanowi wymiana, transport oraz przechowywanie takich odpadów. Według danych zebranych przez "Bellonę" w bazach oraz stoczniach marynarki wojennej Floty Północnej zgromadzono dotychczas ponad 7.000 m3 odpadów płynnych oraz 8.000 m3 odpadów stałych, które charakteryzują się niską i średnią radioaktywnością. Odpady płynne są przetrzymywane w zbiornikach pływających, zbiornikach znajdujących się na lądzie oraz na statkach pomocniczych. Odpady stałe przechowywane są w betonowych urządzeniach, na statkach oraz na otwartym powietrzu. Odpady o bardzo wysokiej radioaktywności, np. uranowe pręty paliwowe, są gromadzone wraz z innymi odpadami w specjalnych stalowo-betonowych zbiornikach. W wyniku przepełnienia magazynów znajdujących się na lądzie, zużyte paliwo z reaktorów jest gromadzone również na porzuconych łodziach podwodnych. W Kombinacie Chemicznym Majak, położonym 70 km na północ od Czelabińska, część radioaktywnych odpadów, nie tylko pochodzących ze źródeł wojskowych, jest poddawana utylizacji. Utylizowane jest tam również zużyte paliwo nuklearne ze źródeł cywilnych (np. elektrowni atomowych) z Rosji oraz krajów sąsiedzkich.

           Fundacja "Bellona" współpracuje z Aleksandrem Nikitinem, emerytowanym oficerem rosyjskiej marynarki wojennej, który w 1996 r. za ujawnianie informacji o zanieczyszczeniach został aresztowany. Za przekazanie "Bellonie" raportu o skażeniu środowiska spowodowanego przez Flotę Północną oskarżono go o szpiegostwo. Uznano, że 70% przekazanych informacji miało charakter danych wywiadowczych, choć prawo rosyjskie mówi, że dane dotyczące zagrożenia zdrowia i życia obywateli nie mogą być utajnione. Kapitan Nikitin we wrześniu br. został oczyszczony z zarzutów. Wynik procesu niektórzy wiążą z prowadzoną w Rosji polityką zatajania prawdy, której efektem była śmierć 118 marynarzy Kurska.

         Zagrożenie związane z istniejącymi oraz złomowanymi łodziami o napędzie atomowym (z których nie usunięto reaktorów) polega na ryzyku niekontrolowanej łańcuchowej reakcji, która może spowodować skażenie radioaktywne na dużym obszarze. Istnieje również ryzyko radioaktywnego przecieku ze zgromadzonych stałych i ciekłych odpadów oraz reaktorów atomowych. Przyczyną tych zagrożeń mogą stać się najprostsze zaniedbania techniczne, błędy obsługujących, pożar lub wybuch, a nawet ruchy sejsmiczne i złe warunki pogodowe. Odpady radioaktywne powstają nie tylko w wyniku eksploatacji atomowych okrętów podwodnych. Problem dotyczy również elektrowni atomowych i lodołamaczy o napędzie atomowym. Jak mówi admirał Nikołaj Mormuł, były dyrektor techniczny Floty Północnej, największe zagrożenie stanowi jednak Marynarka Wojenna, ponieważ tajemnica wojskowa i formuła "ściśle tajne" ułatwiają ukrywanie wszystkich nadużyć i wykroczeń. Zdaniem Mormuła Półwysep Kolski to atomowy śmietnik byłego ZSRR - "Żadna część naszego globu nie jest tak nasycona radioaktywnością i bronią atomową, jak ten skrawek ziemi w północno-zachodniej części Rosji." W Zatoce Kolskiej jeszcze w latach '70 łowiono dorsze. Dziś jest to nie do pomyślenia, ponieważ wody zatoki były przez lata zanieczyszczane licznymi wyciekami, np. z nieszczelnych zbiorników lub celowo spuszczanych radioaktywnych wód pochłodniczych.

         "Zatapianie odpadów radioaktywnych i odpadów trwałych nie jest niczym nowym. Pierwsze zastosowały to Stany Zjednoczone w 1946 r., następnie Wielka Brytania w 1949 r., Japonia w 1955 r. i Holandia w 1965 r. Wszystkie oficjalne informacje dotyczące ZSRR wciąż jeszcze pozostają utajnione." - pisze Nikołaj Mormuł w książce "Podwodne dramaty". Teoretycznie radioaktywne odpady znajdujące się w szczelnych zbiornikach są odporne na działanie morskiej wody i zmian ciśnienia. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej określiła, że zbiorniki takie zatapiać można dopiero na głębokości 4.000 m, w oddaleniu do wysp, wybrzeży kontynentów, obszarów połowowych oraz głównych dróg morskich. Zdarza się często, że po wrzuceniu do wody kontenery zachowują wyporność dodatnią, tzn. wypływają na powierzchnię i dryfują po wodzie. Jak wynika z notatek zebranych z dzienników pokładowych, aby tego uniknąć Rosjanie wiercili dwa otwory w pojemnikach, co powodowało szybkie ich zatonięcie. Kiedy nie chciały i po tym zabiegu zatonąć, strzelano do nich z karabinu maszynowego. Proceder taki stosowano w pobliżu Archipelagu Nowej Ziemi, który jest obszarem zamieszkanym.

         Kolejny problem stanowiły stare reaktory atomowe oraz okręty podwodne, których stan techniczny po ponad 25 latach użytkowania nie pozwalał na dalsze pływanie. Na początku reaktory holowano do miejsca zatopienia i tam odczepiano pontony, dzięki którym utrzymywały się na powierzchni wody - tak zatopiono osiem baterii. Później sposób postępowania z nimi był zbliżony do tego, jaki zastosowano w przypadku reaktora w elektrowni w Czernobylu - był zatapiany w betonowym sarkofagu. Część podwodnych łodzi atomowych, wraz z wyposażeniem, jest złomowanych w zatokach Półwyspu Kola. W stoczni Zwiezdoczka w Siewierodwińsku prowadzi się częściowo utylizację atomowych okrętów podwodnych wycofanych ze służby. Ich kadłuby, po usunięciu instalacji jądrowych, są cięte na złom. Według danych zebranych przez "Greenpeace", na dnie oceanów znajduje się jednak jeszcze 10 reaktorów atomowych oraz 50 głowic nuklearnych.

         Katastrofa Kurska, jednego z najnowocześniejszych i najmłodszych okrętów rosyjskiej marynarki wojennej, który miał być symbolem odrodzenia rosyjskiej floty, wstrząsnęła światem. Nie miejsce tu na ocenę moralną postępowania rosyjskich decydentów, którzy prawdopodobnie od pierwszych dni po katastrofie wiedzieli, że nikt z załogi już nie żyje. Opóźniali więc działania brytyjskich i norweskich ratowników, by strzec nowoczesnych rozwiązań technicznych okrętu. Łódź spoczęła na dnie Morza Barentsa, na głębokości 108 m. Kursk był wyposażony w dwa reaktory nuklearne i 24 pociski przeciwokrętowe, które mogły przenosić głowice jądrowe. Jego obecność w rejonie jednego z najzasobniejszych obszarów połowowych świata, gdzie rocznie łowi się 3,5 miliona ton ryb, zwraca więc powszechną uwagę. Zdaniem polskich naukowców z Państwowej Agencji Atomistyki katastrofa Kurska nie stwarza poważnego zagrożenia dla środowiska, ponieważ oba reaktory zostały wyłączone. Gubernator Okręgu Murmańskiego zapewnia, że od dnia wypadku cztery razy dziennie przeprowadzane są szczegółowe badania stanu środowiska - powietrza i wody. Nie stwierdzono zmian poziomu radiacji. Ekolodzy wzywają jednak do wydobycia wraku. Podniesienie okrętu mierzącego ponad 150 m długości i ważącego 13 tys. ton będzie trudną i niebezpieczną operacją. Reaktory prawdopodobnie nie zostały uszkodzone, mogło jednak dojść do zniszczenia rurociągów układu chłodzenia lub innych części instalacji. Dokonanie pełnej oceny istniejącego stanu i ryzyka może zająć kilka miesięcy. Pośpiech nie jest tu wskazany - pochopne działania mogą spowodować nieprzewidziany wyciek i skażenie środowiska wodnego na olbrzymim obszarze. Rosjanie rozważają możliwość odholowania wraku na płytsze wody by nurkowie mogli wydobyć ciała ofiar. Podniesienie okrętu mogłoby się odbyć za pomocą żurawi lub wypełnionych powietrzem pontonów. Najgorszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie okrętu na dnie morza.

         Fundacja "Bellona" głośno podkreśla, że Ocean Arktyczny jest jednym z najczystszych obszarów Półkuli Północnej. Zabezpieczenie go przed skażeniem radioaktywnymi odpadami jest bardzo kosztowne i wymaga konkretnej, międzynarodowej pomocy. "Bellona" sugeruje by Unia Europejska, Stany Zjednoczone oraz Norwegia połączyły wysiłki z Rosją, nie tylko by zapobiec radioaktywnym wyciekom z Kurska, ale by ratować cały obszar Półwyspu Kola.

 

                            tekst: Monika Romańska, Tomasz Grotnik
                            zdjęcia: Tomasz Grotnik