Home Teksty Archiwum Prenumerata O nas Kontakt Linki English

Następny Poprzedni

            FABRYKI MIĘSA I ZANIECZYSZCZEŃ

            Czy gnojowica zagrozi najpiękniejszym terenom przyrodniczym naszego kraju?

            Nieznośny fetor, zanieczyszczenie cieków wodnych, zagrożenie ujęć wody pitnej, degradacja środowiska naturalnego i jego walorów turystyczno-rekreacyjnych. Taka wizja zniszczenia środowiska może stać się rzeczywistością w północnej Polsce już wkrótce. Trwa bowiem ekspansja amerykańskich firm, które rozpoczęły na tym terenie budować wielkie fermy trzody chlewnej. Szacuje się, że koszt rekultywacji środowiska naturalnego zniszczonego przez tucz przemysłowy pięciokrotnie przekroczy uzyskiwane z niego dochody.  

           Przemysłowe fermy hodowlane koncentrujące dużą liczbę bydła i trzody chlewnej zaczęły w naszym kraju powstawać w latach '70, kiedy to w Państwowych Gospodarstwach Rolnych rozwijano bezściołowy chów zwierząt. Nie było żadnych polskich doświadczeń dotyczących podstawowych zagadnień z tym związanych - lokalizacji ferm, utylizacji gnojowicy, zdrowotności zwierząt zamkniętych w dusznych pomieszczeniach na tzw. "rusztach". Okazało się, że duża koncentracja zwierząt stwarza trudności z odpowiednim zagospodarowaniem odpadów, a zwłaszcza gnojowicy. Jako główną metodę wykorzystania gnojowicy przyjęto wówczas traktowanie jej jako nawozu i zagospodarowanie rolnicze. Dziś wiemy, że niewłaściwe jej zastosowanie może powodować dewastację gleby, zanieczyszczenie wód powierzchniowych i podziemnych. Nawożenie gnojowicą musi bowiem uwzględniać szereg aspektów - jakość samej gnojowicy, skład frakcji gleby, na którą jest wylewana, stopień przepuszczalności i zwięzłości gleby, stosunki wodne w niej panujące, rodzaj upraw rolnych, skład botaniczny i zwartość runi, warunki pogodowe i ilość opadów. Nieprzestrzeganie tych zasad powoduje zakłócanie równowagi przyrodniczej - po przekroczeniu pojemności sorpcyjnej gleby i zdolności asymilacyjnej roślin, związki azotowe z gnojowicy trafiają do cieków powierzchniowych i wód podziemnych.

            Gnojowica przez wiele lat była traktowana jak ściek i jej wykorzystanie podlegało zapisom ustawy Prawo wodne (wymagało pozwolenia wodnoprawnego). Ustawa o odpadach z 1997 r. ustanowiła, że gnojowica jest odpadem, natomiast wraz z wejściem w życie ustawy Prawo ochrony środowiska i nowej Ustawy o odpadach w 2001 r. gnojówka stała się nawozem naturalnym. Co wiąże się z jej stosowaniem? Gnojowica może powodować zanieczyszczenie powietrza Đ zachodzą w niej procesy beztlenowej fermentacji (gnicia) powodujące uwalnianie gazów, m.in. amoniaku, siarkowodoru, związków karbonylowych, merkaptanów (tworzących tzw. odory). Z fermy o obsadzie 25 tys. świń wydziela się w ciągu godziny ok. 10 kg amoniaku, co powoduje wzrost jego stężenia na obszarze 600 km2. Gnojowica jest źródłem zanieczyszczeń mikrobiologicznych, które mogą przenikać do wód lub przemieszczać się wraz z powietrzem (np. gronkowiec, pałeczki grupy Coli, paciorkowce, streptokoki fekalne, grzyby itp.). Jednak główne zagrożenie gnojowicy wiąże się z jej przenikaniem do wód gruntowych i powierzchniowych, ponieważ powoduje ich skażenie i przyczynia się do eutrofizacji wód azotem i fosforem. Zbyt duże dawki nawozu wylewane na glebę są przyczyną tworzenia się skorupy z resztek organicznych, a zły sprzęt do jego rozwożenia powoduje powstawanie kolein wypełnionych gnojowicą. Na takich powierzchniach pojawiają się grzyby i rośliny grubołodygowe, może też dojść do "zablokowania" gleby. - Już w latach '70 i '80 prowadząc w Instytucie Melioracji Użytków Zielonych doświadczenia ścisłe z gnojowicą na terenie gospodarstw PGR w woj. szczecińskim, zanieczyszczenie środowiska w pobliżu ferm określaliśmy jako katastrofalne, a to w porównaniu z dzisiejszą sytuacją było "małe piwo" - opowiada prof. Róża Kochanowska z Katedry Ochrony i Kształtowania Środowiska Akademii Rolniczej w Szczecinie. - Gnojowica jako nawóz powinna być stosowana na gruntach, gdzie jest uprawa, czyli pokrywa zielna. Niestety obecnie jest wylewana na grunty porolne i nieużytki, czyli słabe gleby, głównie piaszczyste - silnie przepuszczalne, nie posiadające zdolności magazynowania wody, bez absorpcji przez rośliny. Przecież te gleby to nie jest pole zrzutowe! Gnojowica wylewana na nieużytki nie jest w tym przypadku nawozem, jest to zrzut zanieczyszczeń na nie osłoniętą ziemię! Ustawa o nawozach i nawożeniu mówi, iż nakaz posiadania szczelnych zbiorników do przechowywania gnojowicy obowiązywać będzie właścicieli ferm dopiero od roku 2008. Tak więc do tego czasu gnojowica może być przechowywana nawet w zwykłym zagłębieniu terenu.

            Zniszczenie tradycyjnego rolnictwa

            Wielkofermowe hodowle świń to swoiste fabryki do produkcji mięsa. Mówi się "produkcja trzody chlewnej", a zwierzęta określa się epitetami typu "tuczniki", "bekony". Ale niewiele tych hodowli przemysłowych zrodziło się z naszych małych gospodarstw rolnych. Dziś przeżywamy ekspansję kapitału amerykańskiego. Firma Smithfield Foods, której centrala mieści się w amerykańskim stanie Wirginia i która pojawiła się teraz w Polsce, w swojej ojczyźnie posiada wiele przemysłowych ferm hodowlanych trzody chlewnej. Korporacja przejęła tysiące chlewni i zakładów mięsnych, jej fermy produkują rocznie 12 milionów świń. Największa rzeźnia Smithfield Foods w Północnej Karolinie ubija 24 tys. zwierząt dziennie. Skutki dla środowiska, niezależnych farmerów i społeczności wiejskich od Północnej Karoliny do stanu Iowa stały się katastrofalne. Rolniczy stan Iowa ma obecnie pięciokrotnie więcej świń niż ludzi - w sumie 14 milionów. Według czarnego scenariusza w Polsce będzie miał miejsce podobny schemat. Amerykański koncern Smithfield jest właścicielem firmy Prima Farm, posiada udziały w przedsiębiorstwach grupy Animex. Na terenie całego kraju prowadzi kilkadziesiąt wielkotowarowych ferm tuczu trzody chlewnej. Korporacja chce widzieć Polskę jako centrum sprzedaży swojej wieprzowiny w całej Europie i przekonuje, iż pomaga Polsce konkurować na współczesnym rynku globalnego żywności i hipermarketów.

        Latem ub.r. Instytut Ochrony Zwierząt zorganizował czterodniowy pobyt w Polsce Roberta Kennedyego juniora - ekologa, który prowadzi wieloletnią kampanię prawną przeciwko Smithfieldowi w Stanach Zjednoczonych. Podczas wizyty Kennedy przedstawił historię ekologicznych problemów SF w USA, przypomniał karę 12 milionów dolarów, jaką zapłacił SF za łamanie amerykańskiego Aktu Czystej Wody w stanie Wirginia. Wszędzie tam, gdzie pojawiła się firma Smithfield Foods następowała totalna degradacja środowiska z powodu zanieczyszczenia gnojowicą. Kennedy namawiał Polaków do obrony swych gospodarstw i polskiej wsi. A zagrożenie jest niezwykle poważne. Jedna świnia wytwarza nawet dziesięciokrotnie więcej odchodów niż przeciętny człowiek. Jest to mieszanina 400 substancji, w tym metali ciężkich, antybiotyków, hormonów, pestycydów oraz dziesiątki odmian wirusów i bakterii chorobotwórczych. Masa kału i moczu oddawanego przez zwierzęta odprowadzana jest do otwartych zbiorników, a następnie rozprowadzana na polach. W Polsce zanotowano już przypadki wylewania gnojowicy na zamarznięte pola oraz w lasach, a także niedozwolone składowanie pryzm obornika. Oczywiście w Polsce przepisy regulują na jaką ilość hektarów ziemi można bezpiecznie wylewać gnojowicę. W praktyce wygląda to jednak zupełnie inaczej - właściciele ferm podpisują umowy z rolnikami na zagospodarowanie gnojowicy, ale sprytny rolnik może podpisać umowę z kilkoma fermami i nikt tak na prawdę nie wie ile gnojowicy trafia na pola. A wszystko to jest zgodne z prawem.

            Kto powinien sprawować nadzór nad przestrzeganiem przepisów przez właścicieli chlewni? Zdaniem Ministra Rolnictwa Wojciecha Olejniczaka, przepisy powinny być egzekwowane przez gminy, powiaty, województwa, na terenie których powstają duże fermy. Organami właściwymi do kontroli przestrzegania przepisów w zakresie ochrony środowiska są marszałek województwa, starosta oraz wójt, burmistrz lub prezydent miasta; w zakresie oceny oddziaływania na środowisko minister środowiska lub wojewoda; a w zakresie przepisów weterynaryjnych oraz ochrony zwierząt Inspekcja Weterynaryjna. Nadzór nad prawidłowością przebiegu procesu inwestycyjnego budowy dużych ferm zwierząt gospodarskich sprawuje Główny Inspektor Ochrony Środowiska. Lokalizacja, budowa i eksploatacja ferm trzody chlewnej jest regulowana przez szereg przepisów, które nakładają na inwestora obowiązek uzyskania odpowiednich zezwoleń. Przepisy regulują jaka ilość zwierząt może przypadać na 1 ha użytków rolnych, mówią o posiadaniu zbiorników na gnojowicę o określonej pojemności, obowiązku przedstawienia analizy skutków oddziaływania inwestycji na środowisko, przeprowadzaniu konsultacji społecznych itd. Ponadto inwestycja winna być uwzględniona w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. W sporządzaniu planu istotną rolę odgrywać powinna jednak zasada utrzymania równowagi przyrodniczej i racjonalnej gospodarki zasobami środowiska. W planie uwzględnia się przecież walory architektoniczno-krajobrazowe gminy, wymagania ochrony środowiska przyrodniczego, zdrowia oraz bezpieczeństwa ludzi i mienia, walory ekonomiczne przestrzeni i dóbr kultury.

         Ale te wymagania odnoszą się do powstających nowych ferm. W większości przypadków inwestorzy bazują jednak na już istniejących obiektach, które poddają jedynie rozbudowie. Jeżeli powstają fermy w byłych obiektach pegeerowskich, to zgodę na adaptację pomieszczeń wydaje Agencja Nieruchomości Rolnych. Ale czy Agencja kontroluje poczynania dzierżawców? Jak to możliwe, że takim koncernom dobrze w Polsce jak w przysłowiowym uchu? Amerykańskie firmy, rejestrując polskie spółki, przejęły duże tereny rolnicze i pod pretekstem remontu budynków popegeerowskich przerabiają je na tuczarnie. Po akcesji do UE będą mogły dostawać więc dopłaty bezpośrednie. A nasz rząd twierdzi, że ekolodzy oraz organizacje rolników wyolbrzymiają zagrożenie, ponieważ produkcja mięsa wieprzowego z takich ferm stanowi zaledwie 5 proc. ogółu. "Prawo polskie zakazuje korporacjom wielonarodowym nabywać byłe PGR-y, ale Smithfield omija te ograniczenia używając fikcyjnej fasady lokalnych firm. Poprzez całkowicie kontrolowany Animex i Prima Farm, amerykański gigant uzyskał kontrolę nad trzydziestoma dużymi byłymi PGR-ami i już przekształcił wiele z nich w "fabryki świń". Koszt ich nabycia wyniósł 50 milionów dolarów, ale dzięki kredytowi z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOiR), jedna z najbogatszych korporacji amerykańskich nie musiała nawet za ten zakup zapłacić." - piszą D. Howden i K. Tchorek w serwisie The Independent. Z kolei Robert Cyglicki z Bankwatch Network, międzynarodowej organizacji ds. monitoringu banków, podkreśla szczególną rolę EBOiR w ekspansji koncernu SF. - Znaczenie Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju jest szczególnie ważne, gdyż udzielając kredytu powoływał się na politykę ochrony środowiska Smithfield Foods. Jego udział w transakcji podwyższył wiarygodność ekologiczną koncernu i przyciągnął inne banki, za których pieniądze rozwijana jest przemysłowa hodowla świń. Jej skala stanowi zagrożenie nie tylko dla środowiska naturalnego, ale przede wszystkim rynku wieprzowego i, co za tym idzie, kondycji finansowej indywidualnych rolników.

           W przypadku ferm trzody chlewnej instalacje można podzielić na zaliczające się do przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko, które wymagają sporządzenia raportu o oddziaływaniu na środowisko, oraz na pozostałe przedsięwzięcia, dla których raport ten jedynie może być wymagany. Pierwsze podlegają pod kompetencje wojewody, drugie starosty. Ponadto, zgodnie z prawem unijnym, wydziela się grupę instalacji, która wymaga tzw. pozwolenia zintegrowanego Đ są to fermy powyżej 2 tys. stanowisk dla świń o wadze powyżej 30 kg. W praktyce może być tak, że ferma będzie miała kilkadziesiąt tysięcy prosiąt (przyjmuje się, że ich waga wynosi do 25 kg) i nie będzie objęta obowiązkiem uzyskania pozwolenia. Przepisy stanowią, że fermy istniejące muszą uzyskać pozwolenie do końca roku, fermy działające po zmianie użytkowania powinny uzyskać pozwolenie do czasu wejścia Polski do UE, a nowopowstające przed rozpoczęciem działalności.

            W wyniku społecznych nacisków w marcu 2003 r. Inspekcja Ochrony Środowiska przeprowadziła wspólnie z Państwową Inspekcją Sanitarną, Inspekcją Weterynaryjną i Nadzorem Budowlanym kontrole w przemysłowych fermach trzody chlewnej należących do amerykańskiego koncernu Smithfield Foods położonych na terenie trzech województw: warmińsko-mazurskiego, wielkopolskiego i zachodniopomorskiego. Na tym terenie do amerykańskiego koncernu należą 24 fermy tuczu trzody chlewnej, ale część z nich jest w budowie. Kontrola potwierdziła, że kierownictwa 14 funkcjonujących ferm naruszyły przepisy ochrony środowiska oraz przepisy prawa budowlanego, a także przepisy sanitarne i weterynaryjne - odnotowano np. brak pozwolenia na wprowadzanie gazów i pyłów do powietrza, niewystarczającą pojemność zbiorników na gnojowicę, przypadki odprowadzania gnojowicy do rowu melioracyjnego, brak ewidencji odpadów, niedopełnienie obowiązku naliczania i wnoszenia opłat za wprowadzanie zanieczyszczeń do powietrza. Kierownictwa wszystkich kontrolowanych jednostek nie posiadały aktualnych ocen oddziaływania prowadzonej działalności na środowisko. Zalecono działania usuwające nieprawidłowości, nie znajdując jednak wystarczających przesłanek do wstrzymania działalności ferm. IOŚ ustaliła ponadto, że 10 ferm ze względu na wielkość prowadzonej hodowli jest zobowiązana do uzyskania pozwolenia zintegrowanego w terminie do 1 stycznia 2004 r., tymczasem kierownictwo żadnej z nich nie podjęło wówczas prac nad przygotowaniem wniosku o uzyskanie tegoż pozwolenia. Główny Inspektor Ochrony Środowiska Krzysztof Zaręba poinformował, iż IOŚ na bieżąco przeprowadzać będzie kontrole sprawdzające. Przedstawiciele Animexu oświadczyli, że z pełnym respektem i należytym szacunkiem odnoszą się do uwag i zaleceń kontrolnych. Podczas kolejnych wizyt inspektorów stwierdzono zastosowanie się do owych uwag. - Przestrzegamy polskiego prawa i bezpiecznych praktyk rolniczych - zapewnia Dennis Treacy, wiceprezydent Smithfield Foods.

            Tajemnice uboju

            Świnie w wielkoprzemysłowych fermach przeżywają okrutne piekło. Ich krótki żywot (w ciągu 3 miesięcy tucznik osiąga wymagane przez rzeźników 100 kg wagi) upływa na betonie lub na metalowych rusztach, na których zwierzęta wykręcają sobie nogi. "W chowie przemysłowym świnie spędzają całe życie w bardzo zatłoczonych budynkach przesyconych oparami gnoju i moczu. Powietrze przesiąknięte jest siarką i amoniakiem, poziom hałasu dochodzi do 90 decybeli. Ciężarne lochy stoją na gołym betonie w malutkich klatkach, w których nie są się nawet w stanie obrócić. W naturalnych warunkach świnie powinny żyć średnio około 10 lat; lochy w "fabrykach trzody" rzadko żyją dłużej niż 2,5 roku. Ogromne ilości świń umierają z powodu chorób i okaleczeń, jeszcze większe ilości są przedwcześnie zabijane ze względu na zły stan zdrowia. Często zdarza się, że bardzo młode lochy przeznaczone na rzeź są zbyt okaleczone i chore, aby dojść na śmierć w rzeźni o własnych siłach" - opisuje Tom Garrett, ekolog ze stanu Wyoming, tropiący działania Smithfield Foods. Ciasne klatki mają jeden cel - im mniej ruchu, tym mniej niepotrzebnie wydatkowanej energii, a więc większy przyrost masy ciała. Ten ostatni przyspiesza się także aplikując tucznikom odpowiednio spreparowaną paszę, jak również antybiotyki, hormony i sterydy. Przepełnienie farmy w Więckowicach w ub.r. doprowadziło do śmierci setek świń, których zwłoki wyrzucono na zewnątrz farmy, a usunięto je dopiero po protestach mieszkańców.

            Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Zwierząt "Animals" przeprowadziło w 2003 r. przegląd warunków, w jakich odbywa się chów i ubój zwierząt gospodarskich w Polsce. Wyniki okazały się zastraszające. Bardzo często zarówno chów, jak i ubój prowadzone są niezgodnie z zapisami Ustawy o ochronie zwierząt. Świnie nie mają dostępu do światła dziennego, pozbawione ściółki przebywają całe życie na metalowych rusztach, ściśnięte są w zatłoczonych boksach. Prosięta kilka godzin po urodzeniu mają obcinane ogonki, a trzy dni później przeprowadzane są u samców, bez znieczulenia, zabiegi kastracji.

fot. Jedna z ferm na Pojezierzu Drawskim, które przeżywa prawdziwą ekspansję amerykańskich firm zajmujących się tuczem zwierząt

W żadnej z rzeźni, które odwiedzili przedstawiciele organizacji, zwierzęta nie były zabijane w sposób humanitarny, zgodny z zapisami ustawy, która wyraźnie mówi o warunkach uboju zwierząt. Okrutne sceny w rzeźni w Żelistrzewie k. Pucka oraz w Zakładach Mięsnych Prima Food w Przechylewie sfilmowano - świnia została źle ogłuszona, następnie nie dokładnie wykrwawione zwierze, jeszcze świadome, zostało wrzucone do oparzelnika z gotującą się wodą. Przerażający krzyk cierpiącej świni nie zrobił żadnego wrażenia na pracownikach rzeźni. 

            Metody ogłuszania zwierząt stosowane w polskich rzeźniach nie zawsze są skuteczne. Często świnie powieszone już za nogi na hakach są przytomne i świadome tego co się dzieje. Stoi to w oczywisty sposób w sprzeczności z art. 34 Ustawy o ochronie zwierząt, który mówi, że zwierzę kręgowe w ubojni może zostać uśmiercone tylko po uprzednim pozbawieniu świadomości przez osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje. - To, co sfilmowaliśmy, nie jest tylko "wypadkiem przy pracy" czy "chwilowym niedopełnienie obowiązku". To rzeczywistość polskich ubojni i rzeźni. Pracuje się tam niedbale, na akord, a pogrążeni w pośpiechu i w znieczulicy pracownicy rzeźni mają w głębokim poważaniu ustawę o prawach zwierząt oraz unijne przepisy dotyczące humanitarnego uboju. Decyzja o nakręceniu tego filmu była poprzedzona szeregiem sygnałów od zaprzyjaźnionych lekarzy weterynarii o tym, że w rzeźniach zwierzęta są maltretowane, zarówno podczas uboju, jak i podczas transportu. - wyjaśnia Ewa Gebert, prezes OTOZ "Animals". Stowarzyszenie zaapelowało do Głównego Lekarza Weterynarii o zaostrzenie kontroli warunków uboju w polskich rzeźniach w celu respektowania zapisów ustawy o ochronie zwierząt.

            Mięso pochodzące z wielkoprzemysłowych hodowli nie jest w pełni wartościowe, a może być szkodliwe dla konsumentów. - Niewłaściwe postępowanie ze zwierzętami wywołuje u nich stany stresowe obniżające dobrostan. Zasady moralne nakazują by człowiek XXI wieku humanitarnie traktował inne istoty. Zwierzęta znoszące uciążliwość życia hodowlanego cierpią i doznania te kumulują się. - mówi ekofizjolog, prof. medycyny weterynaryjnej Remigiusz Węgrzynowicz. - "Pamięć komórkowa" wykazuje niezbicie, że przeżycia, doznania kodują się w komórkach organizmu na poziomie atomów i elektronów, jako jeden z elementów pamięci magnetycznej. Konsumując mięso przeżywających stres zwierząt, przyswajamy elementy komórek stresogennych, a nawet czynników chorobotwórczych, które łatwo przenikają przez barierę przewodu pokarmowego. W konsekwencji może kształtować się postawa agresywna człowieka.

            Główny Lekarz Weterynarii zlecił kontrolę w pokazanych na filmie rzeźniach. Nie zgodził się jednak, by w kontrolach uczestniczyli przedstawiciele organizacji broniących praw zwierząt, chociaż mają ustawowe prawo do tego. Oświadczył także, że w rzeźni nie stwierdzono uchybień - biorąc pod uwagę stan urządzeń, który jest zgodny z przepisami. Nie chodzi jednak o urządzenia, ale o ludzi, o ich zachowanie, traktowanie zwierząt oraz przestrzeganie przepisów prawa. Sprawą okrucieństwa wobec zwierząt, sfilmowanego w pomorskich rzeźniach, zajęła się już słupska prokuratura.

            Reakcja rzeźników na film jest poniekąd zrozumiała - chodzi o duże pieniądze, które rzeźnicy mogą stracić. Ale jak wytłumaczyć fakt poparcia ze strony inspekcji weterynaryjnej, zobowiązanej do kontroli przestrzegania przepisów? Właściciele rzeźni płacą za obecność lekarza przy uboju i kontroli mięsa. A to nie pozwala wierzyć, że w innych rzeźniach ubój znajduje się pod kontrolą i odbywa się zgodnie z literą prawa. Weterynaria obrusza się na krytykę ich pracy, dlaczego jednak zabrała się za kontrolę ubojni i ferm dopiero po tym, kiedy film o dramacie w rzeźni poruszył opinię społeczną? Czy problem nie istniał przez ostatnie 6 lat, odkąd funkcjonuje ustawa o ochronie zwierząt?

            Przedstawiciele Instytutu Ochrony Zwierząt, twórcy "Programu Humanitarnego Chowu Trzody" określili warunki, w jakich powinny być trzymane zwierzęta. Świnie powinny być chowane w warunkach umożliwiających naturalne instynktowne zachowania. Maciory muszą mieć możliwość budowania gniazd dla prosiąt, prosięta natomiast odpowiednie warunki do zabawy i rycia w ściółce. Powinny także mieć możliwość przebywania na pastwiskach. Zwierzętom nie wolno też podawać żadnych środków przyspieszających wzrost lub wydajność oraz karmy zawierającej mączkę mięsną, a transport i ubój powinny być przeprowadzane łagodnie. Tak żyjące zwierzęta, w naturalnych i sprzyjających zdrowiu warunkach, z reguły nie ulegają chorobom. Przykłady z zagranicy potwierdzają, że taka hodowla, dbająca o środowisko i właściwa dla gatunku, nie jest wcale utopią - stosuje ją z powodzeniem m.in. niemieckie stowarzyszenie Neuland.

            Pojezierze Drawskie zagrożone

            W województwie zachodniopomorskim istnieje już niemal 40 ferm trzody chlewnej zawierających co najmniej 2 tys. stanowisk, a więc takich, które muszą posiadać pozwolenie zintegrowane. Niestety w ostatnim roku nastąpiła wyjątkowa ekspansja firm zajmujących się tuczem na obszarach cennych przyrodniczo, turystycznie i uzdrowiskowo. Obiekty takie istnieją lub planuje się je zbudować w okolicach Czaplinka i Złocieńca (obrzeże Drawskiego Parku Krajobrazowego), w gminie Drawno (przy Drawieńskim Parku Narodowym) czy Bobolice (rezerwaty torfowiskowy, florystyczny i wodny). Tylko na farmie w Trzcińciu k. Czaplinka ma być docelowo 9,6 tys. prosiąt. Drawski PK jest jednym z najstarszych i największym w woj. zachodniopomorskim, stwarza wspaniałe warunki dla uprawiania turystyki. To właśnie tutaj znajdują się niezwykle cenne jeziora lobeliowe, najsilniej zagrożone zanikiem w Polsce i chronione prawem. Teren pojezierza to wiele popegeerowskich miejscowości, gdzie notuje się wysoki poziom bezrobocia. Właśnie w turystyce lokalna społeczność znalazła szansę rozwoju regionu, czy więc taka możliwość zostanie przekreślona przez doraźne interesy amerykańskiej firmy? Nikt nie zwraca uwagi, że na pagórkowatych obszarach pojezierza, silnie urzeźbionych, zanieczyszczenia spływają do jezior, a tereny te należą przecież do zlewni rzeki Drawy. Skoncentrowanie ferm na terenie pojezierza spowoduje katastrofalny spadek czystości cieków wodnych - jak ma się tu rozwijać agroturystyka, dla której jakość środowiska przyrodniczego jest podstawą funkcjonowania? Żaden turysta nie przyjedzie tu, kiedy jeziora zamienią się w przepełnione biogenami, zarośnięte i cuchnące bajora.

            - Obiektywnie mówiąc, firma Prima na terenie woj. zachodniopomorskiego wykonuje wszystkie zalecenia Inspekcji mając świadomość, że musi działać zgodnie z przepisami. - mówi Wiesław Steinke, Naczelnik Wydziału Inspekcji w Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska w Szczecinie. - Inspektor może działać tylko w granicy prawa. Jeżeli nie ma podstawy prawnej i przepisu zakazującego hodowli trzody, nie jest możliwe wydanie decyzji o zamknięciu fermy. Inspekcja nie zajmuje się przecież zamykaniem takich instalacji, tylko doprowadzaniem ich funkcjonowania do stanu zgodnego z prawem. Jak podkreśla, wskaźniki pokazujące przekroczenie dopuszczalnej zawartości azotu w glebie nie świadczą o tym, że pochodzi on z gnojowicy z konkretnej fermy. Rolnicy mogą rozlewać gnojowicę z kilku ferm, mogą stosować równocześnie nawozy nieorganiczne, azot może również pochodzić z nieszczelnej lub niekompletnej instalacji sanitarnej na terenie gminy (odprowadzanie nieoczyszczonych ścieków socjalno-bytowych do środowiska jest często spotykane). - Jak kontrolować zagospodarowywanie gnojowicy skoro na 11 powiatów podległych WIOŚ w Szczecinie jest trzech inspektorów zajmujących się gospodarką wodno-ściekową? Nie mamy struktur na poziomie powiatu czy gminy. - dodaje Wiesław Steinke.  

fot. Zdaniem organizacji pozarządowych, chów i ubój zwierząt gospodarskich w Polsce jest prowadzony niehumanitarnie

          W okolicach Czaplinka hodowla prowadzona jest m.in. we wsi Czechy, Gonne Małe, Kiełpino, Liskowo. Zachodniopomorski Wojewódzki Konserwator Przyrody w każdym miesiącu sporządza kilka opinii dotyczących lokalizacji chlewni na terenach chronionych. Niestety większość tych dokumentów nie jest wiążąca. - W przypadku nowych inwestycji zlokalizowanych na terenach chronionego krajobrazu możemy oficjalnie wyrażać swoje stanowisko i najczęściej jesteśmy przeciwni działaniom ingerującym w środowisko przyrodnicze. Często także miejsca składowania lub wylewania gnojowicy znajdują się w bliskim sąsiedztwie terenów chronionych, wówczas wnioskujemy o ich przesunięcie, choć tak na prawdę nie mamy podstaw prawnych do takich żądań. - wyjaśnia dr Maciej Trzeciak, Wojewódzki Konserwator Przyrody. - Najczęściej inwestorzy wykorzystują istniejące fermy, będące już w planach miejscowego zagospodarowania przestrzennego, i w takich przypadkach nie mamy możliwości prawnej interwencji zabraniającej lub ograniczającej inwestycję.

      Na szczęście niektóre gminy, dzięki stanowczej postawie samorządowców i burmistrzów, przeciwstawiają się ekspansji koncernu Đ w zachodniopomorskim nie powstaną fermy w gminie Połczyn Zdrój (strefa uzdrowiskowa) i Sianów (teren Koszalińskiego Pasa Nadmorskiego). "Chcemy tu turystów, a nie smrodu" - wołali jednogłośnie mieszkańcy Kleszczy w gminie Sianów. W tej małej wsi, w obiektach po PGR, czaplinecka firma Prima Farm zamierzała wybudować tuczarnię dla 7 tys. świń. Gmina nie wydała pozwolenia na budowę. Marek Kryda z Polskiej Inicjatywy Agrośrodowiskowej uważa, że sprzeciw wobec tego typu hodowli leży zarówno w interesie lokalnym, jak i ogólnopolskim. Polska podpisała międzynarodowe umowy zobowiązujące ją do ochrony wód Bałtyku. Rozprzestrzenianie się wielkich chlewni i zagrożenia, jakie stanowią one dla środowiska, nie sprzyja wypełnianiu zobowiązań z zakresu ochrony środowiska, a nie realizowanie umów wiąże się z kolei z karami finansowymi.

            Inne cenne polskie obszary przyrodnicze znalazły się także na celowniku - duńska ferma powstaje już w Borach Tucholskich (u ujścia rzeki Brdy), Smithfield Foods inwestuje też w Krainie Tysiąca Jezior. Dużą aktywność SF notuje się w wielkopolskim, gdzie ogółem odnotowuje się ponad 130 ferm trzody chlewnej (wliczając indywidualne gospodarstwa rolne). Stowarzyszenie Ekologiczne Ziemi Więckowickiej wielokrotnie występowało do władz lokalnych w sprawie fermy świń w Więckowicach, której właścicielem jest SF. Zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego hodowla powinna obejmować 600 szt. bydła i 500 szt. świń, ale obecnie jest ponad 10 tys. zwierząt. - W Więckowicach odór stał się tak nieznośny, że nie można otwierać okien w szkole. Kierowcy autobusów nie chcą się tu zatrzymywać. - mówi aktywista Jerzy Duszyński z Ruchu Społeczno-Ekologicznego ,,Pomoc Ludziom i Zwierzętom". Miejscowa ludność skarży się na mdłości, ataki astmy i zaburzenia wzroku. Mieszkańcy obawiają się, że będzie zatrute nie tylko powietrze, ale też gleba i woda gruntowa.

           

Przedstawiciele związków, stowarzyszeń i organizacji pozarządowych zebrani 12 grudnia 2003 r. w Krakowie na forum pod hasłami "Przyszłość polskich gospodarstw rolnych, żywność ekologiczna, ochrona środowiska i zdrowia społeczeństwa, humanitarne traktowanie zwierząt" zorganizowanym przez Międzynarodową Koalicję dla Ochrony Polskiej Wsi, zaapelowali do Prezydenta, Rządu i Parlamentu RP o wstrzymanie inwestycji wielkoprzemysłowego tuczu i chowu zwierząt, oraz wielkoprzemysłowego przetwórstwa, potężnych koncernów typu Smithfield Foods z USA. ăW/w koncern i im podobne opierają swoją hodowlę na paszach genetycznie modyfikowanych oraz środkach farmakologicznych i chemicznych. Zwierzęta są traktowane jak przedmiot, następuje całkowita degradacja środowiska naturalnego - zamiera życie naturalne i biologiczne otoczenia, zatrute są akweny wodne; jest to bomba ekologiczna z opóźnionym zapłonem." - napisano w Apelu. 

            Krajowa Izba Rolnicza podkreśla, że firmy zajmujące się hodowlą świń celowo dążą do rozpoczęcia działalności przed dniem akcesji Polski do UE, ponieważ przepisy unijne dotyczące koncentracji produkcji trzody są bardzo surowe. Sprawą zagrożenia wynikającego z funkcjonowania wielkoprzemysłowych ferm kilkakrotnie zajmowała się już Sejmowa Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi. W Sejmie prowadzone są prace nad zmianami w Ustawie o nawozach i nawożeniu (jest już po pierwszym czytaniu w Sejmie) oraz w Ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. GIOŚ zaproponował, by w Ustawie o nawozach i nawożeniu uwzględnić zapis o obowiązku sporządzania przez duże fermy planu nawożenia, który będzie określał jaka ilość nawozu i w jakim terminie trafi na konkretne pole.
fot.Fermy amerykańskiego koncernu Smithfield Foods w Polsce docelowo mają gromadzić 900 tys. świń rocznie

     Będzie to swoisty bilans zagospodarowania gnojowicy. Sporządzony program nawożenia będzie musiał być dodatkowo zaakceptowany przez Stację Chemiczno-Rolniczą. Jeśli program nie powstanie lub nie zostanie zaakceptowany, możliwe będzie wstrzymanie prowadzenia hodowli. Z kolei nowelizacja Ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym doprecyzowuje usytuowanie chlewni zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, a także uzależnia ilość zwierząt na fermie od ilość areału, jaki posiada lub dzierżawi właściciel chlewni. Kolejne proponowane zapisy mówią, iż usytuowanie dużych chlewni powinno zapewnić minimalizację uciążliwości zapachowej poprzez odpowiednią odległość od zabudowań mieszkalnych, oraz że nie dopuszcza się budowania chlewni w zlewniach rzek przymorza, w obrębach parków narodowych i krajobrazowych, rezerwatów przyrody, obszarów chronionego krajobrazu, akwenów wodnych i stref uzdrowiskowych. Proponuje się także nałożenie na właścicieli ferm obowiązku monitoringu środowiska w celu badania wpływu na środowisko wodno-gruntowe (tzw. automonitoring).

 

      Obecne przepisy ochrony środowiska mogą być skutecznym instrumentem w walce z amerykańskimi inwestorami, ale za nimi z kolei stoją duże pieniądze. Doprowadzimy do tego, że nasz kraj postrzegany będzie jako obszar, gdzie można zbudować wszystko bez względu na lokalne koszty - ekologiczne, społeczne czy ekonomiczne.

 

tekst: Monika Romańska

zdjęcia: CEE Bankwatch Network, archiwum

Autorka składa podziękowania prof. R. Kochanowskiej z AR Szczecin

za pomoc w zebraniu materiałów

               EKOLOGICZNA I HUMANITARNA HODOWLA

             Podczas Konferencji "Ekologiczna i humanitarna hodowla zwierząt szansą polskiego rolnictwa w Europie", we wrześniu 2003 r. wicemarszałek Sejmu RP Janusz Wojciechowski powiedział: "W moim przekonaniu to, co dziś wydaje się słabością polskiego rolnictwa, może się wkrótce stać podstawą jego siły. Polska wieś, oparta na niewielkich rodzinnych gospodarstwach, w których uprawa i hodowla prowadzona jest tradycyjnymi metodami, może zdobyć Europę, jeśli jej produkty będą postrzegane jako wytworzone w warunkach ekologicznych i zachowujących humanitarne traktowanie zwierząt hodowlanych. Aspekt humanitarny ma moim zdaniem istotne znaczenie w rozwoju hodowli, a w przyszłości jego znaczenie będzie coraz większe. Nasza współczesna cywilizacja oparta jest na eksploatacji zwierząt i niestety na zadawaniu im cierpień. Jest to w znacznej mierze nieuniknione, bo jest rzeczą oczywistą, że zjadanie mięsa poprzedzone jest zabijaniem zwierząt. Oprócz cierpień nieuniknionych są jednak cierpienia zbędne, zadawane zwierzętom hodowlanym poprzez niehumanitarne, często wręcz okrutne metody chowu i tuczu. Drastyczne rzeczy dzieją się niekiedy w transporcie zwierząt, pokazują to raporty organizacji ekologicznych, dotyczy to wielu krajów, w tym również krajów Unii, i niestety również i Polski. Choć sytuacja ta bezpośrednio dotyczy zwierząt, to dotyka przecież także i ludzi. Od okrucieństwa wobec zwierząt niedaleka jest droga do okrucieństwa wobec człowieka. (...) W niewielkich gospodarstwach chłopskich szczególnie łatwo jest zapewnić dobrostan zwierząt. (...) Stada zwierząt hodowlanych są niewielkie, utrzymywane na ściółce, karmione naturalnymi paszami z gospodarstwa, z wybiegami na łąki czy pastwiska. Oczywiście, są różni gospodarze i różne warunki, jednak generalnie los zwierząt hodowanych w niewielkich gospodarstwach chłopskich jest o wiele lepszy w porównaniu z tym, co dzieje się w wielkich fermach i tuczarniach przemysłowych, gdzie zwierzęta bywają stłoczone i egzystują w warunkach całkowicie sprzecznych z ich naturą, urągających poczuciu jakiejkolwiek wrażliwości.

            Z punktu widzenia konsumentów wielkie znaczenie ma aspekt bezpieczeństwa zdrowotnego produktów mięsnych. Wyniki wielu badań wskazują, że mięso zwierząt hodowanych na naturalnych, gospodarskich paszach, jest zdrowsze od mięsa zwierząt hodowanych w wielkich fermach, faszerowanych rozmaitymi medykamentami przyspieszającymi tucz. To w wielkoprzemysłowych farmach, a nie w małych gospodarstwach zrodziła się choroba BSE i wybuchła afera z dioksynami.

            Wydaje się, że powinniśmy mądrze wykorzystać aspekt ekologicznej i humanitarnej przewagi tradycyjnego rolnictwa polskiego nad rolnictwem wielu innych krajów, gdzie dominuje odhumanizowana, już nie hodowla, lecz jak to się często określa - produkcja mięsa. (...) Byłoby bardzo dobrze, gdyby Polska zaczęła się kojarzyć Europie jako kraj humanitarnej i ekologicznej hodowli zwierząt. Jako kraj dobrostanu zwierząt. Z pewnością zyskalibyśmy tym szacunek innych narodów. (...) Zdobywając szacunek innych narodów mieć będziemy dzięki temu więcej szacunku dla siebie nawzajem. Bez wrażliwości na sprawy zwierząt nie ma bowiem prawdziwej wrażliwości na sprawy ludzi."

            Samuel Dombrowski z międzynarodowego stowarzyszenia Eurogrupa, współpracującego z Komisją Europejską i Europejskim Parlamentem w Strassburgu, dodał: "Rząd Polski słusznie dąży do osiągnięcia wysokich standardów w dziedzinie ochrony zwierząt i środowiska, jak i konsumenta. Ważnym filarem jest przy tym wspieranie rolnictwa ekologicznego, które obejmuje zarówno naturalną produkcję roślinną, jak i hodowlę zwierząt respektującą ich naturalne potrzeby. (...) Punktem centralnym rolnictwa ekologicznego jest zawsze związek pomiędzy człowiekiem, zwierzęciem i naturą, a także poszanowanie naturalnych przemian. To w zasadniczy sposób odróżnia je od założeń rolnictwa przemysłowego, które usiłuje maksymalizować dochody przy pomocy środków syntetycznych, w razie konieczności nie licząc się ze zwierzętami, środowiskiem naturalnym, a nawet z ludzkim zdrowiem."