Home Teksty Archiwum Prenumerata O nas Kontakt Linki English

Następny Poprzedni

          

            Andrej Abramczuk
            Tajemnicza i nieznana Stwiga


Ten wiersz pojawił się w moim umyśle po podróży rzeką Stwigą, o tej podróży, o swoich uczuciach podczas niej, chciałbym opowiedzieć w tym artykule.

Pierwszy raz trafiłem tutaj dwa lata temu, podróżując po Bagnach Olmańskich. Wtedy nasz szlak przechodził przez serce Olman – Bagna Hało i Czerwone. Byliśmy i nad rzeką. Już wtedy rzeka zdziwiła. Potężna, z dość szeroką i różnorodną doliną, z otwartymi łąkami i dębowymi lasami, dużą ilością piaszczystych wydm wzdłuż koryta – mniej więcej tak wygląda ona na wysokości wsi Bukcza
Wtedy, wszyscy razem, postanowiliśmy zorganizować spływ kajakowy rzeką. Postanowiliśmy i zapomnieliśmy. Wróciwszy z Olman zagłębiliśmy się znów w rutynę życia. Minął rok, minęło upalne lato, piękna swoją różnokolorowością i trochę smutna jesień, na początku ciepła, i dlatego zapewne na końcu bardzo chłodna zima. I znów nastąpiła wiosna.


Jednak w tym roku, jak nigdy, wiosna nie spieszyła się. A raczej zima nie chciała ustąpić swoich pozycji. Nawet na początku kwietnia w lasach było dużo śniegu. Dlatego pewnie w tym roku bardzo wyostrzyło się u nas pożądanie wędrówki. Ornitolodzy, jak większość ptaków, nie mogą siedzieć na miejscu, zwłaszcza wiosną. Coś nie zawsze zrozumiałego, ale bardzo odczuwalnego nie daje spokoju! Takie już jest moje życie, że około pół roku spędzam w namiotach, na wyjazdach na bagna i w lesie. Na początku wiosny cały czas „w przyrodzie”. Tu nie tylko odczuwasz, ale nawet, wydaje się widzisz, jak rosną trawy, liście. Przychodzi i odchodzi duża woda – codziennie widzisz, jak powraca życie po długim zimowym śnie. Na pewno dla tego i sam nie masz spokoju. W takim to nastroju przychodził początek wiosny.

wrzesien_09_aTeraz już nie pamiętam, kto z nas pierwszy przypomniał Stwigę. Czas ekspedycji wyznaczyliśmy szybko. Długi majowy weekend pasował najlepiej. Na początku chętnych było wielu. Jednak w końcu zostało 11 osób i 4 bajdy (kajaki). Tym razem grupa była „internacjonalna”. Jak zawsze większość z Brześcia, ale były też osoby z Mińska, i rejonu łuninieckiego. Miejsce zbiórki wyznaczyliśmy w Turowie. O 23.00 zebraliśmy się wszyscy przy ognisku, na stacji obrączkowania ptaków.

Następny dzień rozpoczął się wcześnie. Ostatni przejazd i już jesteśmy nad rzeką. Jednak i tu nie obeszło się bez przygód. Na początku, próbując przejechać na skróty,
musieliśmy wykopywać „czołg” z piachu, a później trochę pobłądziliśmy na licznych drogach i ścieżkach. Jednak w końcu, po obiedzie, ukazaliśmy się na brzegu rzeki. Pogoda sprzyjała. Rzeka w miejscu startu ekspedycji była dość szeroka i powolna. Na początku nic szczególnego. Jednak było to pierwsze, błędne wrażenie, które zniknęło po kilku kilometrach podróży. Pierwszy dzień, a dokładniej jego druga połowa, minął jak to się mówi na jednym oddechu! Od dużej ilości emocji na koniec dnia rozbolała mnie głowa, ale po kolei. Bajdy na wodzie, piękna wiosenna pogoda, wokół piękna przyroda, zabraliśmy się za wiosłowanie...

wrzesien_09_cPierwsze przeszkody pojawiły się już po kilkudziesięciu minutach. Tam gdzie dęby wychodzą na sam brzeg, a rzeka jeszcze utrzymywała się w korycie, wciśnięta pomiędzy wydmami a brzegiem i dla tego pewnie wściekła, nabierała mocy i prędkości. Takie odcinki rzeki są bardzo ciekawe, ale i niebezpieczne. Dlatego że dęby, leżące w rzece, z dużymi gałęziami, niby to ośmiornice albo jakieś inne potwory, chowając się, czekają na swoje ofiary. I jeśli nie jesteś cały czas uważny, to wynurzają z dna rzeki macki, chwytają i przewracają łódź. Albo chwytają rzeczy, a może nawet i ciebie – swoimi gałęziami. Jednak to wszystko nas nie przestraszyło, a tylko dodało atrakcyjności podroży, wszystkie przeszkody pokonaliśmy z powodzeniem.

Za kilka godzin zjawiła się pierwsza antropogeniczna przeszkoda – most. Wysoki poziom wody w rzece sprawił, że most był bardzo nisko nad nią, ale jakoś udało nam się minąć go, nie wychodząc na brzeg. Nie zatrzymując się popłynęliśmy dalej. Czasem towarzyszyło nam poczucie zagubienia – dlatego że okolica tak dokładnie odbijała się w spokojnej wodzie rzeki, że nie sposób było rozróżnić gdzie jest brzeg, gdzie woda, gdzie niebo.

Rzeka
Na rzece była powódź. Jej przepełnione brzegi z ostatkiem sił utrzymywały wodę, ale nie zawsze się to udawało. W tym miejscu, gdzie brzeg był wysoki, wzmocniony piaszczystymi wydmami, na których rosną sosnowe starodrzewy, rzece naprawdę udawało się utrzymywać swoje wody w korycie. Kiedy jednak wybiegała ona na szeroką, otwartą dolinę, tu już nic nie mogło utrzymać wody. Tam gdzie dolina porośnięta była trzcinami i krzakami oraz rzadkim młodym olsem, woda niczym się nie krępując rozbiega się na setki drobnych strumieni, chowając pomiędzy krzaki i trzciny, szukając nowych szlaków dla koryta. Często nawet ciężko było zauważyć, że płyniesz już nie po wąskim na kilkadziesiąt metrów paśmie wody, a po prawdziwym jeziorze-rozlewisku szerokości kilkuset metrów, zarośniętym trzciną i wierzbą.
A tam gdzie dolina była płytka, równa jak stół, nie podmokła a porośnięta potężnymi dębami – woda śmiało rozbiega się wszędzie, jak okiem sięgnąć, a rzeka często po prostu znikała, gubiła się wśród potężnych dębów! Często zdarzało się nam pływać wśród lasu łodzią, dla mnie to był pierwszy raz. Czasami ciężko było od razu znaleźć koryto, dlatego kilka razy gubiliśmy się pomiędzy krzakami i trzcinami, próbowaliśmy przedrzeć się przez nie, aż w końcu odnajdywaliśmy szlak.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy na miejscu byłej wsi Chapuń. Tu znaleźliśmy dużą wieżę około 30. metrów wysokości. Oczywiście nie powstrzymaliśmy się od wejścia na wieżę i zrobienia kilku zdjęć. Z wysokości 30 m otwierał się zachwycający widok na dziesiątki kilometrów lasów, wśród których, błyszcząc w promieniach słońca, z południa na północ wije się wąska wstęga rzeki. Las bardzo różnorodny. Przeważają ciemnozielone sosny, wśród których spotykają się brzozy z liśćmi sałatowego koloru. W obniżeniach – jeszcze nagie olchy, wzdłuż rzeki – potężne dęby z tylko co zaczynającymi rozwijać się żółtawymi liśćmi.

Był to czas, kiedy przyroda, budząc się, zaczyna się malować na różne kolory. Sałatkowe, jasno i ciemno zielone liście drzew, białe zawilce, błękitne fiołki, żółć i czerwień błotna, i w całą mnogość innych kolorów pomalowana jest wiosna na początku maja.

wrzesien_09_b
Oszołomieni z zachwytu popłynęliśmy dalej. Kilka kilometrów płynęliśmy płaską, podmokłą doliną, wśród ścian trzcin i przez krzewy. Miejscami dolina rozszerzała się, ale za chwilę znów chowała pomiędzy trzciny i krzewy. Wreszcie wypłynęliśmy na szeroki otwarty odcinek i daleko przed nami zauważyliśmy most. To było miejsce pierwszego ubiegłorocznego spotkania z rzeką. I tu było wyznaczone miejsce pierwszego noclegu. Rozbiwszy obóz przystąpiliśmy do kolacji, a później jeszcze długo siedzieliśmy przy ognisku, wspominając miniony dzień.


Wieś, której nie ma
Pierwszy przystanek, zgodnie z planem, był koło starego wojskowego mostu, niedaleko od wzniesienia – 143 m n.p.m. Dawniej, 50 lat temu, była tu dość duża, sądząc po cmentarzu, który po niej został, wieś Kołki. Dzisiaj – został tylko cmentarz. Tę wieś można znaleźć na mapach z pierwszej połowy minionego stulecia. Istniała ona tutaj co najmniej 100 lat, a może i więcej. Niejedną wojnę ludzie przeżyli. Cicho i spokojnie mieszkali oni nad rzeką, wśród lasów i bagien, może nawet nigdy nie było tu najeźdźców. Ale za jakiś czas dotarły tutaj melioracje, razem z cywilizacją i militaryzacją, stworzony został poligon wojskowy, a mieszkańców przesiedlono. Całą wieś, zresztą, i to nie jedną! Bo taki sam los spotkał i inną wieś – Chapuń, która położona była w górze rzeki niedaleko kanału Plau, na samym brzegu Stwigi. W tej wsi był młyn, i cerkiew, a dzisiaj nie zostało nic. I jeszcze dużo posiadłości, i siedzib, które były porozrzucane po okolicach bagien takoż przesiedlono. Są to wsie Rubryń i Wilja – w których przed wojną było około 1000 mieszkańców i wiele innych osiedli і futorów: Kołbiki, Kopcewicze, Łuteckie, Merlińskie. Dzisiaj o tym, że tu kiedyś mieszkali ludzie, świadczą nazwy uroczysk, a także gdzieniegdzie krzyże na byłych cmentarzach.
Wieś Dzierżyńsk, wcześniej nazywała się – Radziłowicze. Nazwę zmieniono za czasów radzieckich.

Rano po śniadaniu zapytałem, czy są chętni, by zobaczyć puszczyka mszarnego. I okazało się, że około połowy uczestników naszej wyprawy nie widziało jeszcze tego ptaka w ogóle. Akurat niedaleko od miejsca naszego obozu znajdowało się jedno z gniazd znalezionych podczas ubiegłorocznej wyprawy. Za kilka minut wszyscy razem ruszyliśmy ku gniazdu.

Spotkanie z puszczykiem mszarnym
Nasz szlak wiódł na wschód starą wojskową drogą, w niektórych miejscach całkowicie zalaną dużymi kałużami. Czasami droga wychodziła na otwarte bagna i wtedy była bardziej grząska od bagiennego błota, czasami przechodziła przez bory sosnowe, a wówczas była zasypana białoszarym, grząskim piachem. Ale szliśmy szybko, spodziewając się ciekawego spotkania. Każdy oczekiwał czegoś osobliwego. Ci, którzy nigdy jeszcze nie widzieli puszczyka mszarnego, ale dużo słyszeli o nim, mieli nadzieję nareszcie spotkać się z tym nieznanym, tajemniczym ptakiem. Ci którzy byli tu w ubiegłym roku, obawiali się czy zachowało się drzewo z gniazdem, i czy było ono zajęte przez ptaki. Tak więc z różnymi myślami, towarzysko rozmawiając, wreszcie dotarliśmy do gniazda.
Widać je było z daleka, bo las wokół zrobił się jeszcze rzadszy, pewnie wiatr dobrze pobawił się na spalenisku. Nie wiem kto pierwszy zauważył ptaka, ale hasło: „Jest w gnieździe” ucieszyło wszystkich. Podeszliśmy bliżej. Ptak spokojnie siedział na gnieździe i uważnie przyglądał się bandzie birdwatcherów. Po 10 minutach obserwacji zrobiliśmy zdjęcia i poszliśmy z powrotem do obozu.
wrzesien_09_d Wracając postanowiliśmy wejść na najbliższą od rzeki wydmę, żeby rozejrzeć się, a zarazem obejrzeć niektóre osiągnięcia techniki wojskowej. Chłopaki byli zachwyceni – „Prawdziwy czołg!”, ale nie, to było coś na kształt opancerzonego transportera-amfibii. Nikt z nas wcześniej nic podobnego nie widział – „Fajnie byłoby mieć taki, żeby po bagnach jeździć...” – zabrzmiały głosy. Ale do naszej dyspozycji były tylko własne nogi i „bajdy”. Dlatego, nie tracąc czasu, wróciliśmy do obozu, szybko zjedliśmy obiad i ruszyliśmy dalej w dół rzeki.
Bobro-zwierza
Piaszczyste wydmy
Tu, wzdłuż rzeki i na bagnach, ciągnie się cały system piaszczystych wydm, u podstaw i na zboczach porośniętych przeważnie lasem sosnowym, a na szczycie albo gołych, albo zadrzewionych niskimi krzewiastymi sosenkami. Wydmy mają dość strome zbocza, z wyraźnie zaznaczonymi krawędziami i wysokość do 10 i więcej metrów. Większość z nich jest rozciągnięta w kierunku południkowym lub mają kształt litery V. Są one zgrupowane w duże kompleksy, które mają równoleżnikowe położenie. Wydmy te to świadectwo najstarszego na Białorusi dnieprowskiego zlodowacenia.
Pewnie wtedy właśnie kiedy dnieprowski lodowiec odchodził, wracając na północ, ogromne masy wody niszczyły uwolnioną od lodu powierzchnię Polesia i utworzył się dzisiejszy relief tej miejscowości. Wtedy utworzyła się większość dużych wydm i grzęd. Późnej, kiedy odeszła już duża woda, do pracy zabrał się wiatr. Uwijał się nad pokrytym drobnym piaskiem obszarem, tworzył ostatnie rysy, „wykańczał” współczesny relief. Na dużych wydmach i wokoło nich stwarzał mniejsze. Później jeszcze, kiedy tworzyła się współczesna sieć hydrologiczna Polesia, do tej pracy przestąpiła rzeka. Ona, to powolnie, to szybko i figlarnie, torowała sobie szlak przez te same wydmy i grzędy. Niektóre z nich podmywała, rujnując, zabierając piasek na samo dno. Ale za chwilę, w innym miejscu wyrzucała go znowu na brzeg, gdzie łapał go wiatr i dalej już razem tworzyli nowe wydmy.

Tu, w szerokiej otwartej dolinie, było widać, że powódź już minęła. Woda wracała do koryta, odsłaniając brzeg zasypany piachem i iłem, zostawiając po sobie małe i duże kałuże, piaszczyste mierzeje, po których lubi brodzić wszelkie błotne ptactwo, długodziobe i długonogie.

Dalej nasz szlak wiódł poprzez dąbrowy, które usadowiły się na obydwu brzegach rzeki...

Lasy dębowe
Kiedy wybieraliśmy się nad rzekę, mój znajomy ornitolog powiedział: „Nad Stwigą zachowały się jeszcze piękne dąbrowy”. Patrząc na mapę roślinności zobaczyłem, że naprawdę nad Stwigą, w dolnym jej biegu, zachowały się jeszcze – rzadkie już w Europie i na Białorusi – dębowe lasy łęgowe. Ale tak jest na mapie, a jak naprawdę – nie wiadomo.
Nareszcie jesteśmy nad rzeką, i widzimy te dąbrowy na własne oczy. Ciągnęły się one przez cały czas naszej podroży. Potężne, ogromne dęby szeroko rozpościerały swoje gałęzie, usadawiając się rozlegle po całej dolinie, daleko jeden od drugiego. Było je wtedy dobrze widać, od mocnego, szerokiego pnia, po rozpięte gałęzie. To cisną się pomiędzy piaszczystymi wydmami i rzeką, tuląc się bliżej jeden do drugiego, sterczą ogromnymi czapami pomiędzy krzewy, brzeziny i olchy. To migają niedaleko od brzegu, za ścianą trzciny i krzaków. To znów raptownie wychodzą na sam brzeg. I wtedy przystępują do wiecznej sprzeczki z wodą – które mocniejsze. Rzeka, wydaje się, zwycięża! Z każdym rokiem coraz bardziej podmywając brzeg. Ale i dęby nie poddają się. Chociaż co rok bardziej chylą się ku wodzie, kłaniając się w wiecznym ukłonie jej, wodzie – źródle wszelkiego życia. Chylą się, ale nie poddają się! I często wydaje się, że są już martwe, ale nawet martwy swoim potężnym ciałem prawie pokrywa rzekę, wymuszając zmianę koryta. Dzieje się to zwykle powoli. Powoli chylą się dęby, niespiesznie zmienia koryto rzeka. Ale też bywa inaczej. Kiedy podczas wiosennej powodzi rzeka bardzo mocno i szybko wgryza się w brzeg, szybko go podmywa, obnaża korzenie, wtedy dąb raptem całym ciężarem runie w rzekę. I nawet rzeka, mimo całej swej mocy, ciężko jęczy od takiego ciosu, tak głośno, że jęk ten słyszy i odczuwa brzeg i otaczające lasy!
Jednak koniec końców to dęby zwyciężają w tej bitwie. Dlatego, że chociaż rzeka niszczy brzeg, podmywając korzenie – dęby rosną dalej. Rosną na stojąco, rosną chyląc się ku wodzie, rosną nawet kiedy już leżą w wodzie, chociaż wydaje się rzeka już zwyciężyła. Nawet wtedy, kiedy na korzeniach w ogóle nie ma gleby, drzewa są już na pewno martwe, nawet wtedy, gdy leżą one niejedno stulecie w wodzie, niby śpiący bohaterowie! A rzeka po cichu, z szacunkiem mija je, ale czasem rozgniewawszy się kotłuje się, próbując poruszyć je z miejsca, ale nie udaje się jej, dlatego jeszcze bardziej szumi, rozgniewana takim brakiem szacunku... A dęby milczą i nieruchomo leżą, pełne honoru i wielkości, wydaje się – ostatkiem sił – chwytając się korzeniami i gałęziami brzegu, i nie zwracają uwagi na szalony wir, hałas i złość wody. I nawet teraz, wiosenne wody nie mogą ruszyć ich z miejsca!

Na końcu dnia lasy dębowe ustąpiły miejsca lasom sosnowym. Wybierając miejsce na obóz, trafiliśmy na pierwsze ślady cywilizacji – „kosz”, było to w pobliżu byłej wsi Rubryń. Wieczór był nieco świąteczny, swój 28 rok życia rozpocząłem na brzegu Stwigi...

Rano zaplanowaliśmy pieszą podróż do uroczyska Merlińskie Chutory. Każdy miał swój cel w tej podróży. Niektórzy chcieli zobaczyć inne osiągnięcia techniki wojskowej, inni marzyli o historyczno-archeologicznych odkryciach. Ale większość po prostu zachwycała się miejscowymi widokami. I okazało się, że ciekawostki i nieoczekiwane spotkania nie minęły nas. Na błocie wyschniętych kałuż zostawił swój odcisk borsuk, na zboczu drogi swoje ślady wilki. Wprost na drodze, wśród kępkowatego olsu bagiennego, spotkaliśmy żółwia błotnego, który w odróżnieniu od innych swoich rodaków, okazał się na tyle sprytny i odważny, że po prostu wyrywał się z rąk. Ale sesję zdjęciową wytrzymał z godnością, a skierowawszy się do wody, od razu zniknął. Udało się nam znaleźć i elementy techniki wojskowej, i miejsca byłych osiedli ludzkich. Zadowoleni i trochę zmęczeni, koło południa wróciliśmy do obozu, szybko zjedliśmy obiad i popłynęliśmy dalej. wrzesien_09_e
Odważny żółw błotny

wrzesien_09_fPrawie cały dzień rzeka przebijała się przez przeważnie sosnowe lasy, wzdłuż wysokich piaszczystych brzegów, z dużą ilością pięknych starorzeczy i zalewów. Na końcu dnia wypłynęliśmy na otwarte, bezleśne i zabagnione tereny, gdzie udało się spotkać bociana czarnego i orlika krzykliwego.

Kilka ostatnich kilometrów rzeka przebijała się przez niską zabagnioną dolinę, dlatego koło pierwszego wysokiego brzegu porośniętego lasem sosnowym postanowiliśmy zrobić przystanek i rozbić obóz. Zgodnie z mapą, następnego dnia powinniśmy byli dotrzeć do prawdziwej cywilizacji, którą to dla nas tutaj była wieś Korotycze – ostatni punkt naszej wodnej podróży.

Ostatni dzień najbardziej zapamiętaliśmy z powodu mocnego wiatru i prawdziwe poleskiego morza przy ujściu Stwigi i Mostwy oraz zawarcia znajomości z osobliwościami miejsca, na które to miała okazały wpływ nie tylko miejscowa przyroda, ale takoż znajomość centralnego Polesia jako krainy ogórków!

Trochę smutno było żegnać się, bo podczas krótkiej, ale ciekawej podróży przyzwyczailiśmy się do siebie. A teraz wracaliśmy do dużych miast i niewielkich miasteczek, do pracy i studiów – bieganiny współczesnego życia!

Ale wszyscy wiedzieli, że przyjdzie znowu wiosna, i znowu ornitolodzy – jak ptaki, odczują nieznany, niezrozumiały zew i ruszą gdzieś na rzeki, bagna, w lasy...

tekst i zdjęcia: Andrej Abramczuk
Brzeski Obwodowy Oddział APB (Brześć)
Dąb i rzeka!

Na brzegu, z potężną koroną
Rósł od dawna, te czasy
Gdy będąc żołędziem zielonym
Trafiwszy w ziemię rosnąć począł
Dawno minęły...

Już pięć wieków
Patrzy dumnie w rzekę,
Zachwycając się swoją siłą
Zachwycając się pyszną zielenią,
która w niej się odbija, i pięknem

Pamięta wiele: troski, radości
Najazdy dzikich barbarzyńców
Pysznie odzianych, bogatych rycerzy
Brodatych chłopów, w łachmanach
Wąsatych meliorantów...

Brzeg korzeniem umacniając
Próbuje zatrzymać rzekę
Ona płynąc przez stulecia
Spieszy wyrwać się na wolność
Spieszy wody zanieść do morza.

Wiosną siły zbierając
Z zaśnieżonych pól, lasów
Rozlewała się wokół,
obficie ziemię zraszała
I dębu siły przywracała.

A latem brzeg podmywała,
Próbując obalić olbrzyma
Próbując wyprostować drogę
I jeszcze szybciej
Dostać się do morza!