Home Teksty Archiwum Prenumerata O nas Kontakt Linki English

Następny Poprzedni

                Zdzisława Piątek

            Świat bez nas
            Czy rozkwitnie na nowo?          


„Świat bez nas”, to intrygujący scenariusz rozwoju ziemskiego życia przedstawiony w książce Alana Weismana, wydanej przez Centrum Kształcenia Akademickiego CK w Gliwicach, w roku 2008. 

Wbrew sugestii zawartej w tytule, wizja świata bez nas nie została napisana z pozycji mizantropa, który prorokuje nieuchronną zagładę ludzkości, lecz stanowi niezwykle pouczającą analizę możliwego scenariusza rozwoju świata bez gatunku ludzkiego. Mimo wirtualnej natury przewidywanych stanów świata w przyszłości, rozważania Weismana nie należą do gatunku science fiction, lecz są głęboko osadzone w rzeczywistości i pobudzają do myślenia. Wprawdzie książka liczy przeszło trzysta stron, lecz czyta się ją jednym tchem. 

grudzien_09_1_b
W strefie otaczającej opuszczoną elektrownię atomową w Czarnobylu środowisko rozkwita, rozwijając się bez ludzkiej ingerencji
Weisman twierdzi, że po to, aby sobie wyobrazić i zrozumieć jak będzie wyglądał świat po naszym zniknięciu, trzeba sobie wyobrazić jak wyglądał świat przed nami. I mimo że Autor jest amerykańskim przyrodnikiem, to ową wizję świata poprzedzającą pojawienie się gatunku ludzkiego przedstawił na przykładzie Puszczy Białowieskiej. Pierwszy rozdział jego książki został pięknie zatytułowany: Odwieczna woń Raju. Woń Raju, to woń owej jedynej prastarej puszczy, która przed wiekami porastała cały kontynent europejski i być może, gdy znikniemy, znowu ten kontynent pokryje. Tak więc w książce przeplatają się dwa wątki: obraz świata zanim pojawił się gatunek ludzki oraz możliwy stan świata, gdy znikniemy z biosfery. Kluczem do zrozumienia tych obrazów są działania człowieka w świecie, a zwłaszcza to, co ludzie czynią ze środowiskiem odkąd mają do dyspozycji zdobycze cywilizacji technicznej, gdyż na etapie zbieracko-łowieckim gatunek ludzki funkcjonował w biosferze podobnie jak wszystkie inne gatunki istot żywych.

Weisman nie jest jednak „fotelowym” filozofującym przyrodnikiem, ponieważ jego fascynujące opowieści o stanach świata są oparte na materiale, który zgromadził w bezpośrednich kontaktach z ludźmi. Są to swojego rodzaju raporty z rozmów z inżynierami, którzy obsługują niemal wszystkie „cuda” techniki, czyli konserwują mosty, podziemne stacje metra, wielkie zapory wodne i czuwają nad systemami zabezpieczającymi składowiska materiałów radioaktywnych, a także z przyrodnikami badającymi żywotność raf koralowych na Pacyfiku oraz konflikty pomiędzy ludźmi i zwierzętami w Afryce. Czytelnik odnosi wrażenie, że Autor był osobiście wszędzie tam, gdzie występują niepokojące zjawiska drastycznego naruszenia równowagi przyrodniczej w wyniku rabunkowej działalności człowieka. Jego opowieści dotyczą zarówno losów ludzkiej cywilizacji, która pozostawiona bez opiekuńczych zabiegów podtrzymujących jej sprawne funkcjonowanie bardzo szybko ulegnie degradacji i obróci się w proch, jak i tego, co by się działo z pozostawionymi przez ludzi roślinami i zwierzętami udomowionymi, z których tylko znikoma część potrafiłaby przetrwać bez stałych posiłków dostarczanych im przez ludzi. Uwaga Weismana skupia się jednak na losach przyrody dzikiej, fascynuje go bowiem żywotność naturalnych ekosystemów i ich wielka odporność na destrukcyjne oddziaływanie człowieka. „Jeżeli tylko znajdzie się okazja, życie wciśnie się wszędzie.” – twierdzi Autor. 

Jako przykłady zdolności regeneracyjnych środowiska przyrodniczego przywołuje on sytuację, która zaistniała w okolicach Czarnobyla, po słynnej eksplozji jednego z reaktorów elektrowni atomowej w kwietniu 1986 roku, oraz stosunkowo niewielki pas dżungli na półwyspie koreańskim, który jako strefa zdemilitaryzowana oddziela Koreę Południową od Korei Północnej. W obu strefach środowisko istot żywych rozkwita, rozwijając się bez ludzkiej ingerencji, która z różnych powodów została na tych terenach zakazana. Warto dodać, że nawet pas graniczny oddzielający Niemcy Zachodnie od Wschodnich, gdzie przez niespełna sześćdziesiąt lat obowiązywał zakaz gospodarowania, stał się azylem dla wielu gatunków istot żywych. Dlatego po zjednoczeniu Niemiec, właśnie tam, wzdłuż „żelaznej” granicy utworzono cenne rezerwaty przyrody o nazwie „Zielony pas”. 


grudzien_09_1_d
Antroposfera stworzona przez człowieka po to, aby zaspokajała rzeczywiste i urojone potrzeby ludzkie, zniknie razem z nami
Jak już obecnie wiadomo, po wybuchu reaktora w Czarnobylu zginęły wszystkie ptaki w okolicy i zapanowała onieśmielająca cisza świata pozbawionego ptactwa. Jednakże – zauważa Weisman, już następnej wiosny ptaki pojawiły się od nowa, i podobnie jak dawniej jaskółki śmigają wokół wnętrza reaktora siadając bezpośrednio na skażonych urządzeniach, których nie usunięto ze względu na groźbę napromieniowania ludzi, w trakcie wykonywania tej operacji. Wprawdzie niektóre z nich rodzą się z łatami bez piór, lub z jasnymi łatami pozbawionymi barwnika i te w następnym roku nie powracają z migracji, ale mimo to, populacja się odradza. Podobnie jest ze skowronkami i z gryzoniami żyjącymi w trzydziestokilometrowej strefie ochronnej wokół elektrowni, gdzie znajduje się składowisko odpadów radioaktywnych. Wyrastają tam żywe i zielone sosny, chociaż są nieco zdeformowane. Również nornice na skażonym terenie żyją krócej, ale to przyspiesza przemianę pokoleń i umożliwia szybszą selekcję osobników dostosowanych do wzmożonego napromieniowania. Weisman twierdzi, że w strefę napromieniowaną (nielegalnie) zaczynają także wracać ludzie, gdyż gołym okiem nie widać radioaktywnego skażenia, a ciągle stoją tam puste domy, szczególnie pożądane na terenach byłego Związku Radzieckiego, gdzie dotkliwie brakuje mieszkań. Także strefa zdemilitaryzowana na półwyspie koreańskim stanowi schronienie dla kilku gatunków zwierząt zagrożonych wyginięciem. Weisman twierdzi więc, że siedliska pozbawione ludzi rozkwitają, i realizując pełnię swoich możliwości potwierdzają ewolucyjny potencjał naturalnego środowiska, uwolnionego od najgroźniejszego „drapieżnika”, jakim na obecnym etapie ewolucji jest gatunek ludzki.

Jednakże w świecie bez nas, zupełnie inaczej potoczy się rozwój świata ludzkiego, czyli antroposfery. Gdy nas zabraknie, pola uprawne zarosną lasami, a większość zwierząt domowych wyginie. Weisman prognozuje, że najdłużej przetrwają koty, które w przeciwieństwie do psów, nie zatraciły instynktu łowieckiego, i mimo że są systematycznie karmione przez ludzi, polują siejąc spustoszenie wśród ptaków. Zważywszy, że populacja kotów w USA podwoiła się w ciągu dwudziestu lat, i w latach 1970-1990 wzrosła z 30 milionów aż do 60 milionów, to znaczy, że liczba uśmierconych przez nie ptaków jest ogromna. Tak więc za naszą miłość do kotów, podobnie jak za przyjemność polowania, płaci także Przyroda. Nawet gdy znikniemy z powierzchni Ziemi niektóre wprowadzone przez nas drapieżniki przetrwają w środowisku jeszcze długo po nas. Podobny los spotka rośliny uprawne. Niektóre z nich zdziczeją i długo pozostaną w swoich siedliskach, natomiast te, które wymagają intensywnego nawożenia i oprysków znikną razem z nami, pozostawiając po sobie skażone wody gruntowe i gleby przesycone pestycydami.


Wbrew koncepcjom skrajnie antropocentrycznym, koniec człowieka nie oznacza końca świata Przyrody, gdyż po naszym zniknięciu życie będzie trwać nadal,
i będzie ciekawe!
Jednak wyobraźnię czytelnika najbardziej pobudzają opowieści Weismana o losach kultury materialnej pozostawionej w świecie bez nas. Wówczas to wszystko, z czego jesteśmy najbardziej dumni, czyli dzieła sztuki zapełniające muzea i książki zapełniające biblioteki, bez ludzkich zabiegów konserwacyjnych szybko obrócą się w proch, podobnie jak wszystkie inne budynki, które bez remontu dachów ulegną ruinie. Taki sam los spotkałby również wszystkie cuda techniki, oraz wielkie kompleksy przemysłowe, kanały i zapory wodne. Pozbawione dopływu prądu i zabiegów konserwacyjnych tysięcy fachowców czuwających w dzień i w nocy nad ich sprawnym funkcjonowaniem staną się elementem naturalnego środowiska i jak wszystkie obiekty przyrody nieożywionej będą ulegały działaniu zasady entropii. Dotyczy to zarówno sprawnego działania śluz na Kanale Panamskim, jak i zabiegów konserwacyjnych wykonywanych w ciągu całego roku na przykład na Wieży Eiffla, gdzie 25 pracowników przeciwdziała korozji zużywając w tym celu 60 ton farby. I co ciekawe, Weisman twierdzi, że spośród ludzkich budowli najdłużej przetrwałyby prastare, podziemne miasta w Kapadocji wydrążone w wulkanicznym tufie, który w miarę kontaktu z powietrzem twardnieje. Również słynny Chiński Mur uległby destrukcji pod działaniem korzeni, wody i innych czynników atmosferycznych, podobnie jak pozostałe siedem „cudów” świata, łącznie z piramidą Cheopsa, która w ciągu 4500 lat skurczyła się ponad 9 metrów.

Weisman nie ma wątpliwości, że najtrwalsze ślady, które po sobie pozostawimy, to będzie „promieniste dziedzictwo” w postaci 441 elektrowni atomowych, 30 tysięcy głowic jądrowych oraz tysięcy ton różnorodnych odpadów radioaktywnych. Równie długo pozostaną po nas tworzywa sztuczne, które nie podlegają biodegradacji ani procesom korozji i właśnie z tego powodu były początkowo źródłem naszej szczególnej dumy. Oczekiwano, że tworzywa nie podlegające korozji przyczynią się do niebywałego postępu technicznego, a jak już obecnie wiemy, stały się źródłem zanieczyszczeń i przykładem pospolitej tandety. Odpady z tworzyw sztucznych, które w przeciwieństwie do odpadów organicznych nie cuchną, były początkowo postrzegane jako symptom ludzkich sukcesów wytwórczych. Weisman nie ma wątpliwości, że tworzywa sztuczne, obok przedmiotów z brązu i odpadów radioaktywnych, przetrwają po nas najdłużej. Brak mu jednak wyobraźni żeby opisać to, co się stanie z ogromnym plastikowym „wysypiskiem” odpadów zgromadzonych w wirze Północnego Pacyfiku, gdzie szacunkowa masa tych odpadów już obecnie przekracza masę żyjącego tam planktonu. Nie potrafi on przewidzieć, czy i kiedy pojawią się bakterie zdolne do ich degradacji. Upłynęło bowiem dużo czasu zanim bakterie nauczyły się trawić celulozę, która podobnie jak tworzywa sztuczne, także jest polimerem. 


grudzien_09_1_e
Wielu ekspertów uważa, że gdyby obecnie zabrakło ludzi na Ziemi, to Afryka byłaby jedynym kontynentem, który stosunkowo szybko powróciłby do swojego pierwotnego stanu
(fot. MorgueFile)
Z mojego punktu widzenia największą zaletą recenzowanej książki jest to, iż stanowi ona próbę obiektywnego spojrzenia na rolę i miejsce człowieka w Przyrodzie. Stanowi więc rozwinięcie idei, które są współcześnie akceptowane przez większość myślących ludzi, mimo że nie rozumieją oni filozoficznych konsekwencji, które z nich wynikają. Świadomość tego, że jesteśmy tylko jednym z istotnych elementów świata, który się nieustannie zmienia, to prawda niemal powszechnie akceptowana, ale myśląc o naturze człowieka i tworząc porządek ludzkiego świata, prawie nikt z niej nie korzysta. Weisman umieszcza więc gatunek ludzki w Przyrodzie, a nie ponad Przyrodą, ani wobec Przyrody i w swoich rozważaniach traktuje go jak jeden spośród kilkudziesięciu milionów gatunków wchodzących w skład ziemskiej biosfery.

Mimo że gatunek ludzki jest na obecnym etapie ewolucyjnego rozwoju największym „drapieżnikiem”, podobnie jak nieco wcześniej największym drapieżnikiem były dinozaury, to jednak owa dominująca pozycja nie jest nam dana na stałe i nic jej nie gwarantuje. W naturze procesów ewolucyjnych nie ma żadnego mechanizmu, który byłby nakierowany na podtrzymywanie istnienia jakiegoś konkretnego gatunku istot żywych, mimo że – jak przekonuje James Lovelock, działają procesy podtrzymujące życie. 


Książka Weismana stanowi więc znakomitą lekcję obiektywnego spojrzenia na gatunek ludzki. Dlatego właśnie spostrzegam ją jako realizację istotnego i przełomowego etapu na długiej i wyboistej drodze, którą ludzkość przebyła od przekonania, że świat istnieje po to, żeby służyć ludziom, do akceptowanego obecnie przekonania, że gatunek ludzki – rozumny i obdarzony poczuciem odpowiedzialności, istnieje po to, żeby służyć innym istotom żywym i razem z nimi stworzyć zrównoważony system ziemskiego życia. Jest to długa droga, której szmat pozostał jeszcze do przebycia. Warto zauważyć, że w tym kontekście wyrażenie „istnieje po to” nie oznacza finalistycznej interpretacji procesów ewolucyjnych, lecz spojrzenie z pozycji obiektywnego obserwatora dostrzegającego gatunek ludzki jako jeden z licznych eksperymentów ewolucji, za pośrednictwem którego sprawdza się skuteczność nowego mechanizmu ewoluowania. Ten nowy mechanizm to pozabiologiczna transmisja informacji przekazywanej z pokolenia na pokolenie drogą tradycji, czyli mechanizm ewolucji społeczno-kulturowej.


Tak więc gatunek ludzki pojawił się jako nowy eksperyment Natury, w bogatym i zróżnicowanym środowisku, które poprzedzało nasze przybycie i przetrwa nasze istnienie. Wbrew koncepcjom skrajnie antropocentrycznym, koniec człowieka nie oznacza końca świata Przyrody, gdyż po naszym zniknięciu życie będzie trwać nadal i będzie ciekawe, przekonuje Weisman. I chociaż bardziej szczegółowego stanu biosfery, np. za pięć milinów lat, niepodobna dokładnie przewidzieć (ze względu na twórczy charakter procesów ewolucyjnych), to jednak obserwowany potencjał możliwości ewolucyjnych uzasadnia optymistyczne prognozy dotyczące trwania biologicznych procesów ziemskiego życia. Natomiast w świecie bez nas los ludzkiej cywilizacji przedstawia się zupełnie inaczej. Antroposfera stworzona przez człowieka po to, aby zaspokajała rzeczywiste i urojone potrzeby ludzkie, zniknie razem z nami. Co więcej, Weisman twierdzi, iż jesteśmy tak ściśle zjednoczeni z antroposferą, że w ogóle nie potrafimy pomyśleć o końcu naszej cywilizacji: „Wyobrazić sobie, jak nasza wielka, pochłaniająca wszystko cywilizacja naprawdę się kończy – zapomniana, pokryta warstwami błota i dżdżownic, jest dla nas równie trudne do wyobrażenia, jak wyobrażenie sobie granicy Wszechświata.”

grudzien_09_1_f
Strefa zamknięta wokół elektrowni, Czarnobyl
Jednakże psychologiczna trudność wyobrażenia sobie stanu świata bez ludzi nie stanowi logicznego argumentu przeciwko rozważaniu możliwych stanów świata po naszym zniknięciu. Weisman pyta więc: Dlaczego na kontynencie afrykańskim przetrwało tak dużo wielkich ssaków, których krewniacy na innych kontynentach zostali wytępieni przez naszych przodków? Czy afrykańskie zwierzęta rozprzestrzenią się po całej planecie, gdy nas zabraknie? Odpowiadając na pierwsze pytanie twierdzi on, że wielkie ssaki afrykańskie, takie jak słonie, hipopotamy, żyrafy, czy nosorożce, przetrwały dlatego, że nauczyły się strachu przed ludźmi, i wykształciły skuteczne mechanizmy unikania zagrożeń ze strony drapieżców. Natomiast amerykańskie, australijskie i karaibskie zwierzęta roślinożerne nie bały się ludzi, gdyż ewoluowały w środowisku, w którym nie było ludzi i dlatego nie wykształciły na czas skutecznych strategii unikania zagrożeń ze strony człowieka, czyli groźnego drapieżcy uzbrojonego w łuki i strzały.

Nie wiem, czy prawdziwa jest sugestia Weismana, że po zniknięciu Homo sapiens duże ssaki afrykańskie mogłyby się rozprzestrzenić na całej planecie, ale jego prognoza, że wraz ze zniknięciem ludzi zniknęłyby także kenijskie plantacje róż i goździków jest niezwykle przekonująca. Jest bowiem równie przekonująca, jak jego opis destrukcji afrykańskiego środowiska spowodowany uprawą tych pięknych kwiatów, których eksport przynosi Kenijczykom większy dochód aniżeli eksport kawy. Eksporterzy kwiatów, które w 2/3 składają się z wody, pogłębiają afrykański deficyt wody, gdyż – jak podaje Weisman, każdego roku wysyłają razem z nimi do Europy taką ilość wody, która wystarczyłaby do zaspokojenia potrzeb mieszkańców dwudziestotysięcznego miasta. Hodowcy kwiatów nie tylko pogłębiają deficyt wody w tym regionie Afryki, ale czerpiąc wodę do nawadniania upraw z jeziora Naivasha, przyczyniają się do znacznego obniżenia poziomu wody w tym jeziorze, będącym ostoją ptactwa wodnego i hipopotamów. Co więcej, wraz z wodą plantatorzy pobierają ikrę i żywe glony, a wpuszczają wodę skażoną nawozami i chemikaliami stosowanymi głównie po to, żeby kwiaty zachowały świeżość w dalekiej podróży do Europy. Fosforany i azotany, stosowane do użyźniania plantacji, są wypłukiwane ze szklarni i powodują eutrofizację jeziora sprawiając, że nadmiernie rozwijają się hiacynty wodne. W wyniku tych procesów następuje degradacja rodzimej fauny i flory, a poziom wody opada do tego stopnia, że nawet hipopotamy nie mogą przeżyć.

grudzien_09_1_a
Puszcza Białowieska – jedyna prastara puszcza, która przed wiekami porastała cały kontynent europejski i być może, gdy znikniemy, znowu ten kontynent pokryje
(fot. K. Wojciechowski)
Przytoczyłam ten przykład destrukcji środowiska przez hodowców róż i goździków w Kenii, żeby miłośnikom kwiatów uprzytomnić, iż do niszczenia środowiska w krajach Trzeciego Świata przyczyniamy się nie tylko kupując drewno tropikalne i dzikie zwierzęta, ale także kupując kwiaty! Weisman zwraca szczególną uwagę na to, że największe zniszczenie afrykańskiej przyrody dokonało się za sprawą kolonizatorów, pod wpływem procesów asymilacji zdobyczy cywilizacji zachodniej i działalności wielkich koncernów nastawionych na doraźne zyski. Plemiona afrykańskie, takie jak np. Masajowie czy Buszmeni, w ciągu tysięcy lat swojej historii dostosowali się do otaczającego środowiska. Pasterskie plemię Masajów zachowywało się jak antylopy gnu, twierdzi Weisman. Wypasali bydło i pozostawiali rzadki las dla słoni, wędrując ze swoimi stadami w poszukiwaniu nowych pastwisk. Jednakże obecnie, pod wpływem przemian dokonujących się na tym kontynencie po zetknięciu ze zdobyczami cywilizacji, Masajowie przechodzą na osiadły tryb życia i stają się również rolnikami. Kiedy w 1951 roku utworzono słynny park Seregenti, to jego teren został zamknięty dla Masajów i ich stad, podobnie jak dla wszystkich innych plemion zamieszkujących ten zakątek Afryki. Ponadto coraz większe obszary żyznych afrykańskich równin są zajmowane pod uprawy, potrzebne do wyżywienia powiększającej się populacji ludzkiej. W celu zabezpieczenia przed dzikimi zwierzętami, pola uprawne są odgradzane drutem pod napięciem. To właśnie w Kenii znajduje się najdłuższe na świecie ogrodzenie liczące 200 km długości, pod napięciem 6000 woltów. Ogrodzenie ochrania wprawdzie pola uprawne, lecz skutecznie utrudnia sezonowe wędrówki słoni i antylop w poszukiwaniu pożywienia. Wcześniejsza symbioza pomiędzy słoniami i Masajami przekształciła się w konflikt, gdyż pastwiska odgrodzone od słoni nadmiernie porastają drzewami, a lasy w których pozostają słonie zostają całkowicie ogołocone z drzew i zamieniają się w pastwiska, które jednak są niedostępne dla bydła hodowanego przez Masajów. Słonie cierpią głód i ich liczebność maleje w zastraszającym tempie, a Masajowie pozbawieni otwartych przestrzeni dla wypasania bydła, zarzucają wędrowny tryb życia i stając się rolnikami przyczyniają się do pogłębienia konfliktu między ludźmi i dzikimi zwierzętami. Weisman prognozuje więc, że jeżeli ludzie znikną pierwsi z afrykańskiego środowiska, gdyż np. zostaną wyeliminowani przez AIDS, to ów płot pozbawiony dopływu prądu nie będzie skutecznie powstrzymywał zwierząt po wsze czasy. Dzikie zwierzęta na powrót odzyskają swoje tereny, natomiast większość roślin uprawnych i zwierząt hodowlanych zniknie razem z ludźmi. Także wielu innych przyrodników uważa, podobnie jak Weisman, że gdyby obecnie zabrakło ludzi na Ziemi, to Afryka byłaby jedynym kontynentem, który stosunkowo szybko powróciłby bez większego uszczerbku do swojego pierwotnego stanu. Ta prognoza opiera się na tym, że do tej pory w Afryce nie było wielkiego wymierania gatunków pod wpływem działalności człowieka. Równina Serengeti jest obecnie terenem największej koncentracji ssaków na Ziemi. 

Na zakończenie Weisman rozważa możliwość przetrwania ludzkiej kultury duchowej poprzez przeniesienie zawartości informacyjnej ludzkich umysłów do obwodów scalonych. Wówczas w świecie bez nas, po zniknięciu cielesnej powłoki gatunku ludzkiego, pozostałby duchowy dorobek ludzkości, czyli to wszystko, co Karl Popper nazywał światem Wiedzy Obiektywnej. Możliwe, że ten intelektualny dorobek ludzkości mógłby ewoluować autonomicznie prowadząc do nadnaturalnej potęgi superkomputerów. Jeszcze inny, ale równie utopijny pomysł, to idea dobrowolnego wymarcia ludzkości głoszona przez L. Knighta. Istnieje nawet stowarzyszenie o nazwie Ruch na Rzecz Dobrowolnego Wymarcia Ludzkości, propagujące dobrowolną rezygnację z prokreacji. Ruch ten uwodzi swoich zwolenników rajską wizją świata uwolnionego od brzemienia ludzkości i – w moim przekonaniu, jest równie utopijny jak mityczna wizja Raju Utraconego.


Mimo iż książka Weismana jest poświęcona analizie stanu świata bez nas, to jednak podsumowując swoje rozważania stwierdza on, że „Gatunek tak pomysłowy i być może tak inteligentny jak nasz, powinien znaleźć jakiś sposób osiągnięcia równowagi. Oczywiście możemy się wiele nauczyć. Ale jeszcze nie postawiłbym na nas kreski.” W tym duchu jest także sformułowane podziękowanie Autora skierowane do wszystkich istot żywych na Ziemi, bez których my ludzie nie moglibyśmy powstać, ani istnieć, podobnie zresztą jak wszystko to, co powołaliśmy do istnienia w świecie szeroko rozumianej kultury.

Z kolei Ziemia, z całym bogactwem biosfery wytrzyma bez nas i przetrwa. I niech to będzie konkluzja podsumowująca rozważania zawarte w tej fascynującej książce.



    tekst: prof. Zdzisława Piątek
zdjęcia: Igor Byszniew, Krzysztof Wojciechowski